środa, 30 grudnia 2009

Historie rodzinne...

czyli razem na dobre i na złe:)

Również w całkowicie ekstremalnych, momentami absurdalnych sytuacjach, nawet jeśli zabalujemy na mieście z kumplami:)

buźka*

wtorek, 29 grudnia 2009

100 krępujących pytań do...

Jutro jest dzień próby. Dla nas wszystkich. Dla M. Dla mnie też, żeby nie było. Szanowny Brat szykuje "100 krępujących pytań do...". Szanowna Reszta czeka na rozwój sytuacji i moje wyjście do toalety:)
Cóż mi przyszło. Zachować zimną krew i nie spożywać nic moczopędnego*;p

Czyli jestem upupiona.
W dojrzałości mojej zupełnie niedojrzała. Niedojrzałość ukryta pod gębą powagi.
Dobrze, że nie podszyta dzieckiem. **

* Tak, drogi Maćku, ominę system:)
**czytam Ferdydurke, trzeba sobie młodość przypominać:)

niedziela, 27 grudnia 2009

Niespodziewany powrót rodziców po Świętach...

Rodzice pojechali w góry. Mieli wrócić w środę, wrócili dzisiaj. Kiedy zobaczył ich mój Brat spytał po prostu:
"A co wy tu robicie?!"
Nie ma to jak ciepłe powitanie.
Na to Mama:
"A nie stęskniliście się za nami?"
A my na to:
"Nie, mieliście wrócić gdzieś... w lutym... :):):):)"

Święta,święta i po świętach...

Jak zwykle minęły zbyt szybko. Ale były wyjątkowe. Będą niezapomniane. Trochę szalone, ale rodzinne i pełne miłości.

Bo rodzina to jest siła:)

czwartek, 24 grudnia 2009

Takie tam... wigilijne...

... przemyślenia...
Bo ja święta obchodzę już od wtorku, zaczęło się Wigilią w pracy (niektórzy farciarze mieli okazję przeżyć to podwójnie:)). Wczorajszy wieczór upłynął na pieczeniu piernika (samotny bój, ale byle ciasto mnie nie pokona) i pakowaniu prezentów oraz wylegiwaniu się przed tv (to już w duecie), czyli już było bardzo świątecznie:) To mi się podoba.

A dzisiaj rano poszłam do pracy. Z odsieczą. Bo tyyyyle pracy było:):):)

środa, 23 grudnia 2009

Dialogi rodzinne

Nad karpiem w dodatku. Ale nie przy wigilijnym stole. Przy jeszcze szamoczącym się karpiu w zlewie.
Osoby: Ja, Mama, Ojciec.
Miejsce: Ja w kuchni nad pierniczkami, które pakowałam, rodzice w pokoju ubierają choinkę, karp nadal szamocze się w zlewie w kuchni.

Ja: Tato, możesz go dobić?
Ojciec: Przecież widzisz, że teraz coś robię!
Ja: Nie widzę, jesteś w drugim pokoju! Jak zaraz go nie dobijesz to... to sama to zrobię!
Ojciec: Haha! Chciałbym to zobaczyć...
Mama: To stewardessa, to niby wszystko potrafi...
Ja: Oczywiście bez komentarza się nie obeszło...

wtorek, 22 grudnia 2009

Dialogi rodzinne

Osoby: Ja i Moja Mama
miejsce: kuchnia w moim domu, przedświąteczne przygotowania;

Mama: Dostałam czkawki. Pijackiej czkawki. A nawet nic nie piłam.
Ja: A może to czkawka prorocza jest...?

Oficjalnie uznane za szalone

Do północy piekłyśmy i lepiłyśmy.
Efekt:
182 pierniki,
200 uszek,
158 pierogów (2 poległy na polu przedświątecznej bitwy podstępnie zdegustowane przez mojego Ojca:)

filozof-amator zapytałby: Kogo Bóg opuścił?
A ja bym odpowiedziała: Przyczyna leży w charakterze i skłonnościach do pracoholizmu...

poniedziałek, 21 grudnia 2009

Szaleństwo przedświąteczne trwa...

A u mnie agresja rośnie wraz z kolejnym przesłuchaniem piosenki "Last Christmas" w supermarkecie. Plus ofiara losu ze mnie tradycyjnie. Coś przewiało, coś zawiało i dzisiaj chodzę z opuchniętą powieką. Wyglądam strasznie, ale planuję, żeby moja przypadłość przeszła mi do jutra.

Ale niezależnie od rosnącej frustracji z powodu piosenek świątecznych i ogólnie przyjętego szału (w imię czego?! ilu, z tych biegających po supermarketach, z dzikością w sercach ludzi było na rekolekcjach czy chociaż zastanowiło się nad sensem tego wszytkiego? Jak zwykle zapominamy co jest naprawdę ważne w tych dniach...) Święta się odbędą.
Bez względu na wszystko.
Tak postanowiłam.
Bo zawsze jest jakieś rozwiązanie wystarczy tylko chcieć:)
Trochę kompromisu, czasem mała kombinacja, na granicy z akrobacją, odrobina chęci i życzliwości, i wszystko się uda.
Rozmawiajmy:)

niedziela, 20 grudnia 2009

Leniwa niedziela

Tradycyjnie dzisiaj leniuchowałam po wczorajszej szalonej imprezie urodzinowej:) Zarówno impreza jak i odpoczywanie było wspaniałe, szczególnie że towarzystwo mam doborowe.
Co by nie było nudno zaliczyłam wspinaczkowe akrobacje w klubie między ścianą, a lożą gdzie wpadła mi torebka. Dobrze, że należę do ludzi tzw. wysokich inaczej:) Tym sposobem zmieszczę się wszędzie:)
A od jutra szał zakupów i świątecznych przygotowań (jutro w planie lepienie pierogów i pieczenie pierniczków:)). Do dzieła moja panno:)

sobota, 19 grudnia 2009

Komandos Strong sponsorem wieczoru

Tak. To prawda. Tajemniczy napój o wiele znaczącej nazwie Komandos Strong, który określany jest jako produkt winopodobny, był sponsorem naszego wieczoru.


:)

piątek, 18 grudnia 2009

Gdybym nie musiała...

Co za pech.
Na zewnątrz temperatura minus milion, a ja muszę ruszyć się z domu...
Brrr... gdybym nie musiała, to nie ruszyłabym się na krok z domu. Aleee nieee... Zawsze coś, świątecznej gorączki ciąg dalszy.

czwartek, 17 grudnia 2009

Przedświąteczny szał zakupów, śnieżyca, drogowskaz i romantyczne uniesienia w KFC

Dzisiaj dzień minął mi bardzo intensywnie, ledwo się skończył poprzedni (z nocki wróciłam o 8.30), a tu już trzeba było zacząć walkę o prezenty świąteczne, wykonać misję specjalną pt. zakup znaku drogowego, który w sobotę będzie prezentem niespodzianką:), odwiedzić moją córcię chrzestną z okazji jej urodzin, a to wszystko musiałam sprawnie przeprowadzić pomimo zimowej aury jaka znienacka zapanowała w naszym pięknym mieście.
Wieczór zakończył się romantycznie, chociaż wydawałoby się, że KFC z romantyzmem nie ma nic wspólnego.
A jednak.
Bo nieważne gdzie, ważne z kim:)

wtorek, 15 grudnia 2009

Witajcie w Wonderlandzie:)

Sama się tego nie spodziewałam.

Nigdy nie mów nigdy.

Okrutny jest ten świat

Szczególnie o 6 rano kiedy trzeba osobiście odśnieżyć samochód.
Ale potem był sms, wygrana w rankingu na samochód najlepiej symulujący wygląd po rajdzie Paryż -Dakkar, groźby karalne i poranne pocałunki:)
I okazuje się, że wcale nie jest tak źle...

poniedziałek, 14 grudnia 2009

Od poniedziałku...

Się zaczęło. Plan zajęć na cały tydzień został ułożony.
A dzisiaj korki, zimno i do tego trwają intensywne poszukiwania mieszkania z mojej strony.
Wcale nie jest to takie proste szczególnie przy maruderstwie, które w tej kwestii intensywnie stosuję.
No łatwo nie jest, ale dam radę i pewnego dnia stanę w progu jakiegoś domostwa mówiąc:
"Kości zostały rzucone, raz, dwa, trzy moje! biorę!"

Póki co wymagam od agentów stoickiego spokoju, bo zawsze znajduję coś niewłaściwego, a to za wysoko, za nisko, za ciemno, za brudno, za czysto, za cicho, za głośno, za mało, za dużo...
Powodów są setki, ale wiem, że tam gdzieś czeka na mnie to jedno, jedyne, wymarzone:)

niedziela, 13 grudnia 2009

Weekend... magiczny?!

Wróciłam z weekendu w górach. Boski. Za oknem śnieg i mróz, a w domku kominek, butelka dobrego wina i cudowny mężczyzna u boku:)

Czego chcieć więcej...:)?

piątek, 11 grudnia 2009

A dzisiaj wieczorem

Początek pięknego weekendu. Może i zimno, ale mnie to zupełnie nie zraża. Dzisiaj kolacja w doborowym towarzystwie (moja stała paczka), nie wiem czy wyśmienita, bo sama będę gotować, więc powstrzymam się od komentarzy...
Potem szaleństwa piątkowego wieczoru w centrum, a jutro chwila przerwy na zajęcia i romantyczny weekend w górach:) już na to czekam z niecierpliwością...

środa, 9 grudnia 2009

Pomnik amerykańskiej głupoty

Lubię komercję i lubię tandetę. Nie boję się do tego przyznać, ale wszystko ma swoje granice.

I doszłam do wniosku, że tylko Amerykanie mogli wymyślić film o puszczalskiej licealistce-demonicy uprawiającej wyuzdaną formę kanibalizmu na kolegach ze szkoły, która stała się takową bestią po tym jak psychopatyczna kapela emo-popowa złożyła ją jako dziewicę(?!) w ofierze (nie przeszkadzało im w usilnym twierdzeniu o jej dziewictwie to, że chodziła ubrana w super extra skąpe ciuszki i ciągle opowiadała o seksie, również analnym...) .
To, że nie była dziewicą uratowało jej egzystencję i stworzyło z niej nastoletnią symbiozę Hannibala Lectera z Lolitą.
"What the f..ck is going on?" Chciałoby się zapytać... ale po co?!

poranne dialogi robocze

Miejsce: moja praca:)
Osoby: Ja, T.
Czas: bardzo wczesny poranek czyt. środek nocy*

Ja (do T.): Ależ Ty świetnie pachniesz!
T.: Podoba Ci się tylko dlatego, że M. pachnie tak samo...
Ja: Faktycznie:)

*wg Panny H.

poszukiwanie kilku metrów

Ostatnio zaczęłam na poważnie poszukiwać tych własnych kilku metrów:)
Wcale nie takie to łatwe, ale jestem zdeterminowana i gotowa na wszystko. Poza tym rodzina zasugerowała mi, że pora na usamodzielnienie się:)

wtorek, 8 grudnia 2009

Albo jestem ograniczona, albo mi za mało płacą...

Mam wrażenie, że niektórzy z moich współpracowników są nieco... określę to "zakręceni" ;p Ale mniejsza o to...

Poza tym dzisiaj w pracy udowodnione zostało, że jeszcze kilka rzeczy może mnie zaskoczyć. Poszukiwanie specjalnego trunku dla wybrednej klientki i zamawianie taksówek w dziwne punkty miasta (w ciągu 10 minut) to nie było to,generalnie tego można się spodziewać, ale dyktowanie wyników Ligi Mistrzów przez telefon było co najmniej dziwne...

Dialogi rodzinne

Czas: dzisiaj ok. 13
Miejsce: Kuchnia na Muchoborze
Osoby: Ja i Ojciec

Ojciec: Co robisz?
Ja: A jak myślisz?
Ojciec: Gotujesz!
Ja: Acha i lepiej się napatrz, bo znowu to się szybko nie powtórzy...

niedziela, 6 grudnia 2009

Wczoraj była parapetówka

Tylko, że wcale parapety nie wspomagały zabawy. Stół, meble, wszystko na miejscu. Mieszkanko jak pudełeczko. A do tego dobre towarzystwo, sushi popijane whisky i YMCA w tle...

Like sunday morning

Uwielbiam niedzielne leniwe poranki.
Kiedy już mam wolny taki poranek nigdzie się nie spieszę, nic nie muszę robić i nikt mnie do niczego nie zmusi. A ponieważ nie zdarza się to zbyt często to dzisiaj celebruję ten moment:)
Każdą chwilę i każdy łyk porannej kawy.
I ciszę, bo chwilowo przepędziłam całe towarzystwo z domu:)

sobota, 5 grudnia 2009

piątek, 4 grudnia 2009

Złote myśli

Ostatnio usłyszałam radę jaką dostała moja kuzynka od swojej babci kiedy zastanawiała się czy wyjść za mąż:

"Zastanów się czy możesz pokochać jego wady... jeśli tak, będziecie razem szczęśliwi..."

Myślę, że jest to samo sedno sprawy:)

Ku przemyśleniu, robaczki:)

poniedziałek, 30 listopada 2009

Na przyjaciół zawsze mogę liczyć...

Dzisiaj rozmawiałam z moją najlepszą przyjaciółką. Taką od serca, od dzieciństwa, siostrą moją:)

W trakcie naszego dialogu, kiedy omawiałyśmy sprawy wszelakie, przypomniało mi się coś i mówię:
"Słuchaj mnie, jest sprawa..."
A ona na to:
"Komu trzeba wpier...lić?"

Jednak na przyjaciół zawsze mogę liczyć, ten zapał, ta śmiałość...
nawet kiedy nie ma takiej konieczności:) serio mówię:)

sobota, 28 listopada 2009

Godziny szczytu

Ostatnich kilkanaście godzin wiele mnie nauczyło. O wszystkim. Że mam najcudowniejszą rodzinę pod słońcem i najcierpliwszą z możliwych. Że moi Bracia bardzo się o mnie martwią i zawsze mogę na nich liczyć. Że mam cudownych przyjaciół, których nie zamieniłabym za nic na świecie.

Dziękuję Wam za cierpliwość, za zrozumienie i za to że jesteście:)

Trzeba wiedzieć...

... kiedy ze sceny zejść, Niepokonanym!


:)

przemyśleń przy kawie ciąg dalszy...

Wczoraj przeżyłam lekkie załamanie, ale sytuacja już opanowana. Załamanie polegało na wypiciu zbyt dużej ilości alkoholu, w zbyt krótkim czasie, na zbyt pusty żołądek.

Jak to się skończyło? No dobrze to się nie skończyło...
Antulską w akcji mieli nieprzyjemność podziwiać Brat A., Panna O., Panna H. i zupełnie niewinny T. plus kilku przypadkowych osób... Za bałagan w okolicy i w głowie przepraszam!

Za szczególną opiekę i odstawienie do domu Bratu A. należą sie specjalne podziękowania...

Ale nowy dzień, poranna kawa i kac (niestety nie gigant, a próbowałam...) mi wyklarował sytuację.

Z uśmiechem w nowy dzień:)

piątek, 27 listopada 2009

poranna kawa i wspomnienia...

Ależ zrobiłam się ostatnio melancholijna. Mięczak po prostu. Dla przykładu popłakałam się przy reklamie (tak, takiej w tv), do podsumowania wczorajszego dnia można wykorzystać zdanie, które wypowiedziała moja Mama kiedy zobaczyła mnie wieczorem:
"Wyglądasz jakbyś płakała cały dzień"
no i co? znowu nazywamy rzeczy po imieniu... ech co ja z Wami mam?:)
Ale o poranku zawsze jest łatwiej, dlatego z wiarą w przyszłość (i spokojny dzień w pracy...)
piję poranną kawę i myślę...
Życie i cała reszta:)

środa, 25 listopada 2009

różne sposoby na podziękowania

Każdy z nas jest inny, inaczej się zachowuje w różnych życiowych sytuacjach.
Różne są też podziękowania.
Jak dostałam prezent urodzinowy od przyjaciół z pracy to się popłakałam, kiedy dostałam młotek i kilo gwoździ od Brata, by wybijać sobie z głowy głupie pomysły, to miałam minę co najmniej zdziwioną.
Można powiedzieć zwyczajnie dziękuję, można się ściskać i całować, można odwdzięczać się na różne sposoby, a ostatnio usłyszałam z ust mojej najlepszej przyjaciółki(słowa do jej wielkiego przyjaciela):

"Maciek, ja pier...lę, co to jest?!"

Bądź co bądź, ale było to bardzo oryginalne podziękowanie za prezent...

Jak dla mnie miejsce pierwsze w rankingu na podziękowanie roku:)

"zastanów się co tak naprawdę chcesz w życiu robić i... zacznij to robić"***

Łatwo powiedzieć, łatwo napisać, gorzej to zrobić.

Decyzje, decyzje, decyzje...

Jaka szkoła, jakie studia, jaki narzeczony, ile dzieci, jaki samochód, co na obiad, rodzina czy kariera, mieszkanie w mieście czy domek za miastem, komedia romantyczna czy horror, klasyka czy ekstrawagancja, rock czy pop????????????????????????????????

Decyzje, decyzje, decyzje...

Jestem coraz bliżej tego "słynnego" wyjazdu do Afryki i kopania tej "słynnej" studni:)

***ej, z którego to filmu?:)

wtorek, 24 listopada 2009

Cytat tygodnia

Małe wprowadzenie, moja przyjaciółka miała faceta, frencza, zwanego potocznie bardzo lekceważąco (kto wie, ten wie) był to związek, krótki i burzliwy,a ponieważ frencz nie mówił po polsku, a przyjaciółka po francusku, pozostał jeden właściwy, cywilizowany język...
A że czasami następowały problemy z komunikacją to zdanie wygłoszone przez nią dzisiaj:

"Zerwałam z moim francuzem, mam nadzieję, że zrozumiał..."

wcale mnie nie dziwi:)

poniedziałek, 23 listopada 2009

Emocjonalna wirówka czyli co by było gdyby...

Ostatnio przewróciło się do góry nogami moje, mniej lub bardziej, poukładane życie. Może to za duże słowa, po prostu trochę się zmieniło.

Z tej okazji dzisiaj pierwsze skrzypce w moim domu grało Myslovitz, a do pełnej równowagi przywróciła mnie "Zaczarowana".
Ja jednak jestem infantylna i lubię bajki, tak samo jak fantastykę.
Dlaczego?
Bo lubię mój własny świat, w którym wszystko jest możliwe, wystarczy trochę wiary, mój świat - pełen książek, głupawych filmów i przyjaciół, których sobie sama wybieram:) Taki, w którym ja ustalam zasady i dzięki temu mam swoją bańkę emocjonalną, której nikt nie przekroczy.

Jak już wróciłam na właściwe tory wysłałam wiadomość do mojej przyjaciółki, że życzę jej miłego dnia i takie tam babskie gadanie.
Odpowiedź: "Martwię się o Ciebie jak tak piszesz..." No i co ja mam z Wami zrobić:)

A teraz uśmiech Panie i Panowie, bo pan Fotograf czai się z aparatem!

A podobno wygląd się nie liczy...

Wczoraj, podczas przerwy w pracy usłyszałam od koleżanek:

"Jejku, ale ty fatalnie wyglądasz... a zwykle taka ładna jesteś..."

A ktoś kiedyś mówił, że wygląd nie ma znaczenia.

niedziela, 22 listopada 2009

Porady na wagę złota

Jest cykl złote myśli, to mogą być też porady na wagę złota. Postanowiłam troszkę skupić się na pewnych ostatnio drażliwych, a nawet drażniących tematach.

Pierwsza i bardzo ważna porada została skonstruowana na bazie doświadczenia pewnej jasnowłosej dziewoi:

"Nigdy nie zaczynaj poważnego związku będąc nietrzeźwa".

Bardzo mądrze, bo pod wpływem alkoholu drobiazgi są nieistotne, a poważne problemy zupełnie niedostrzegalne.
Moje uzupełnienie - jeśli w trakcie ciężkiego poranka utrzymujesz się przy decyzji powagi zaistniałej relacji, wtedy jest nadzieja na horyzoncie. Ale tylko po konsultacji z przyjaciółką.
Jakby co - mój numer znasz:)

Nie z tego świata

Wczorajszy dzień był zupełnie wyrwany z kontekstu. Nie z tego świata.

Same dziwne wydarzenia, podejrzane zbiegi okoliczności i zaskoczenia.

Chyba nawet latające koty nie wprawiłyby mnie w osłupienie.

Tak to bywa czasami, można nawet pomylić cytryny z grejpfrutem:)

środa, 18 listopada 2009

Jutro road trip...

Przygoda, przygoda, każdej chwili szkoda...

Domek w górach, impreza... nasz wyjazd zapowiada się niczym amerykański horror typu... "grupa amerykańskich nastolatków..."

tyle, że my za starzy na nastolatki, więc horroru nie będzie... Chyba, że o poranku:) oł jeee:)

poniedziałek, 16 listopada 2009

Jak tak dalej pójdzie to będę potrzebowała...

PSYCHOANALIZY!

Znowu to samo:

- What do you want from life?
- I do not know... sth more... sth different...

Ten dobrobyt to ludziom w głowie przewraca...

sobota, 14 listopada 2009

egzystencjonalne rozterki mojego kota

Moja kotka myśli, że jest psem. Chodzi przy nodze, potrafi warować, a do tego broni domu warcząc gdy tylko ktoś, kto nie wpadnie jej w oko, pojawi się w okolicy.

Teraz czekam kiedy zacznie szczekać i wtedy rozejrzę się za psychologiem... dla mnie:)

piątek, 13 listopada 2009

Co ja takiego mam w sobie...

... że przyciągam kłopoty? Piątek 13, kiedy piszę tego posta nie ma nic do rzeczy, nigdy nie był dla mnie pechowy:)

Ja po prostu mam talent do sytuacji ekstremalnych.

Wczoraj w centrum Wrocławia znaleźli niewypał. Nie byłoby w tym nic niezwykłego gdyby nie to, że przez przypadek znalezisko było w pobliżu budynku, w którym pracuję. I co z tego wynikło:

EWAKUACJA!


to się nazywa wygrać los na loterii:)

What do you want from life?

Wczoraj moja przyjaciółka przypomniała mi jeden z dialogów z "Vicky, Cristina, Barcelona":

- What do you want from life?
- I do not know... sth more... sth different...


Ostatnio obserwuję, że jeśli zadawałabym to pytanie odpowiedź wielu osób byłaby właśnie taka.

Z czego to wynika? Nie mam pojęcia, niewiele z tego rozumiem.

Wracamy do źródeł: Quo Vadis?

środa, 11 listopada 2009

Mężczyzna niczym Han Solo

Ach, ten Han Solo...

Cały dzień spędziłam w jego towarzystwie i muszę przyznać, że mam do niego ogromną słabość. Nie dość, że wygląda jak moja pierwsza i jedyna prawdziwa miłość (jak dr Indiana Jones:)) to jeszcze jest zbuntowany, inteligentny, i do tego pilot:):):) Kocha Księżniczkę Leię ponad wszystko, walczy o nią, jest bohaterem i jak to zostało określone w filmie (przez Leię zresztą) jest "natural leader". Poświęca się dla dobra ogólnego i na 100% wiedziałby gdzie jest chłodnica w samochodzie:).
I znowu wracamy do źródeł... samiec alfa, hę?!

No cóż, mężczyzno mojego życia, gdziekolwiek jesteś, niech od tej pory prowadzi Cię hasło:

"Być jak Han Solo"

Dialogi rodzinne

Czas: Dzisiejszy poranek.
Osoby na planie: Ja, Moi Rodzice, Zaspany Brat.

Mama (do Brata): A co ty taki?
Brat: Głowa mnie boli. Zawsze tak się czuję rano jak ktoś w domu pije.

W tym momencie wszyscy znacząco spojrzeli na mnie...

Ja: No co?!

Wyjęte z życiorysu

Ostatnich 5 dni nie powinno być... Imprezy, przeplatane nauką, pracą i drinkami:)

To był bardzo długi i ciężki weekend. Na szczęście mam cudowną terapię. Dzisiaj leniuchowanie w stanie czystym i pierwotnym, przy "Gwiezdnych Wojnach" i maminym żurku:)
Czego chcieć więcej od życia:)?
Oprócz błękitnego nieba...:)

piątek, 6 listopada 2009

czwartek, 5 listopada 2009

Wczoraj wieczorem

... Było spotkanie. Powstał plan.
Może nawet przerodzi się w tradycję.

Babski wieczór... proszę nie mylić ze zlotem czarownic:)


A Ojciec na to:

"Będziecie sprzątać czy odlatywać?"

poniedziałek, 26 października 2009

plany plenerowe

Zaplanowaliśmy wyjazd w góry. Większą grupą pod wezwaniem.
Ma być dużo alkoholu, doskonałe towarzystwo, kominek i podstępna kradzież ratraka (tylko skąd oni ratrak wytrzasną?!).

A zatem powstał plan, zaczęły się przygotowania, a skomplikowany związek przyczynowo-skutkowy doprowadził do tego, że dzisiaj do domu wracałam samochodem przy akompaniamencie uderzających o siebie szklanek... W kosmicznej ilości... Nieznane są wyroki Pana...

Queen of the night...

W ten weekend zostałam samozwańczą królową nocy...
Jedna impreza,
dwie noce w pracy,
zmęczenie tytułem bezcenne...

niedziela, 18 października 2009

sobota, 17 października 2009

studencki poranek...

Dzisiaj przypominam sobie studenckie lata:)
I nie dlatego, że wybieram się na sobotnią imprezę. Gdyby tak na to spojrzeć to studenckie lata pamiętam doskonale i o utrwalenie pamięci dbam co drugi dzień:) hehe...

Ale powaga! Przypomnienie lat studenckich jest faktyczne, ponieważ dzisiaj zaczynam studia:) może nie takie prawdziwe, bo podyplomowe, ale zawsze coś:)!

Pełna wiary w przyszłość:

Let's get it started, in here...

:)



niedziela, 11 października 2009

przesunięty weekendowy wyjazd w góry

Jadę na weekend-nie-weekend (bo w środku tygodnia) w góry.

Powiedziałam moim Rodzicom ostatnio, że jadę z moim nowym przyjacielem, na to moja Mama z troską w głosie i bardzo poważnie zapytała:

"Ale wymyślonym?"

Ja na to: "Jak to wymyślonym?! Takim prawdziwym z krwi i kości!"

A na to moja Mama ze zrozumieniem odpowiedziała:
"Ale nie przejmuj się, może być wymyślony, opowiesz mi o nim jakby był prawdziwy"

Czy ja naprawdę sprawiam takie żałosne wrażenie?

:):):)

ciężki weekend, impreza imprezę pogania

Ten weekend był ciężki. Dzisiaj jest 4 zarwana noc. Ale jak się bawić to do rana:)

Dzisiaj zorientowałam jaki jest wyznacznik dużej ilości imprez (ale czy zbyt??? Nieee...).

Wsiadasz do gangsterskiej taxi i mówisz:
"Do domu"
A kierowca nie dopytując się o szczegóły... wiezie cię do domu...

To właśnie przytrafiło mi się dzisiaj nad ranem.

wtorek, 6 października 2009

podsumowanie sezony LATO 2009

ponad 4000km samochodem, podobna kilometrówka samolotem, ok. 50 przeczytanych książek, 3 tubki kremu do opalania, wiele obejrzanych filmów, nowa miłość do terminatora, hektolitry wody i innych trunków:), piękna opalenizna, kilka wesel, kilka imprez roku i jedna impreza dekady (nie do powtórzenia:)), wiele nieprzespanych nocy, masa wspaniałych wspomnień...
A wszystkim, którzy cierpliwie towarzyszyli mi w wojażach, którzy znosili moje głupie pomysły, i tym których na swoich drogach spotkałam DZIĘKUJĘ:):):)!

zamknięcie sezonu LATO 2009

W zeszłym tygodniu wybrałam się na wakacje. Wróciłam przed chwilą. Oficjalnie zamknęłam sezon LATO 2009 i było bosko. Dbałam tradycyjnie o równą opaleniznę i stały poziom alkoholu we krwi.

gastro party:)

W zeszłym tygodniu odbyła się ta ciekawa instytucja. Muszę przyznać, że było... ciekawie:)
Mam nadzieję na powtórkę, aczkolwiek oby obyło się bez zgubionych telefonów!
A o tym jak interesująca była ta impreza może wiele powiedzieć podsumowanie mojej towarzyszki wygłoszone chwiejnym głosem na sam koniec: "Aga, chodźmy stąd, bo tu takie k...stwo":)

Dobra impreza!

sobota, 26 września 2009

odliczam chwile do urlopu

Tak jest. Udaję się na urlop. W poniedziałek. Jestem w nastroju wyśmienitym. Urlop jest zasłużony, nawet bardzo (chociaż drugi w tym roku:)).
Planuję spędzić go bardzo intensywnie. To znaczy intensywnie odpocząć czytając, pijąc i relaksując się w bezpośrednim otoczeniu plaży i łagodnego, letniego klimatu. Plany ambitne, ale z pewnością uda mi się je zrealizować.

piątek, 25 września 2009

wakacyjne pamiątki

Szanowny Pan K. wrócił z wakacji. I dla współpracowników przysłał kartkę ( nie było na niej żadnego specjalnego zdania do mnie;p). Koledze M. przywiózł miejscowy trunek...
A co dla mnie? Zapytałam nieskromnie.
Moja opalenizna, odpowiedział Szanowny Pan K.
A ja przecież jestem materialistką!
Mówi się trudno, żyje dalej, a opalenizną cieszyć się trzeba...

była sobie kobieta przeziębiona...

Była dzielna i mimo przeziębienia poszła do pracy. Kusiła wszystkich seksowną chrypką:)

A teraz... nie może mówić i siedzi w domu z głosem w stylu zapitej 60-tki...

dialog miesiąca

A: poderwałam super faceta na weselu:)
O: no to opowiadaj, ile ma lat?
A: nie wiem...
O: a czym się zajmuje?
A: nie wiem...
O: a gdzie mieszka?
A: nie wiem, gdzieś tam...
O: a jak ma na nazwisko to go na naszej-klasie sprawdzimy?
A: nie wiem...
O: A zostawiłaś mu swój nr telefonu chociaż?
A: nie...
O: Antulska! czy ty zawsze musisz wszystko spier....ć?!

Po co od razu korzystać z takich mocnych słów?

wtorek, 22 września 2009

Sezon letni dobiega końca...

A ja szykuję się do snu zimowego, albo raczej do hibernacji, bo dopiero wstałam. Chociaż najprawdopodobniej to zmęczenie to wynik ciężkiego weekendu:) Nie to zdrowie, nie te czasy, żeby tyle imprezować:)

poniedziałek, 21 września 2009

a jednak...

...ze mnie to jest przysłowiowa "dupa nie oficer". A do tego stara dupa;p;p;p

Jestem niezadowolona, na ściance po kilkudniowej przerwie się nie spisałam i trasy przechodziłam jak baba. A to już wstyd. Pokuta, pokuta i jeszcze raz ćwiczenia.

Life is brutal.

niedziela, 20 września 2009

Już mi suknię niosą z welonem:) part 2

Kolejne zamążpójście, tym razem długo oczekiwany ślub i wesele mojej młodszej kuzynki. Oczywiście byłam na nim sama. A dokładnie bez pary, bo byłam z rodzicami oraz ciocią i wujkiem:)
Wszystko przebiegało zgodnie z planem, aż do momentu szukania miejsca na sali weselnej. Nie było mojej wizytówki obok rodziców, nie było jej również koło cioci i wujka. Pomyślałam - no ładnie, przyszykowali mi stolik dla singli (czytaj miejsce przy dodatkowym stoliku dla dzieci... ech życie bywa brutalne...), ale okazało się, że miałam miejsce w pobliżu pary młodej, z osobami w moim wieku:) i bawiłam się do rana w doborowym towarzystwie:) było bosko:)
Podtrzymując tradycję rodzinną wyszłam z wesela ostatnia, a na poprawinach byłam pierwsza przy stole. Bo ostatni będą pierwszymi. Takich gości to ze świecą szukać. Poza tym kilka razy nurkowałam pod stołem, bynajmniej nie dlatego, że coś zgubiłam, zaadaptowałam kolumnę ze środka sali na rekwizyt pomocniczy do tańca, oraz piłam wódkę w dużych ilościach:) To było dobre wesele!
I tak kolejna kuzynka zmieniła stan cywilny, a ja cieszę się stanem wolnym i określeniem kobiety wyzwolonej. Czasami trzeba poddać się losowi:)

poniedziałek, 14 września 2009

To był weekend!

Myślę, że jeden z cięższych ostatnio. Dwie imprezy i praca, dużo rozmów i nawet sceny zazdrości!
Za to tydzień zapowiada się spokojnie.

Przyszły mąż na wakacjach, chłopak na wakacjach...

ale tym sposobem mam czas dla siebie:)

Dnia następnego po imprezie...

Były ploty, był szum w głowie i żurek na obiad, za co serdecznie wszyscy jesteśmy wdzięczni naszym kochanym kucharzom:):):)

I oczywiście w wiadomościach hotelowych jest kilka niusów z imprezy. Trochę wymieniliśmy się wspomnieniami, bo niektórym nawet nie dziury, a kratery w pamięci się pojawiły:)

Teraz cóż pozostaje? Planować kolejną imprezę i spróbować przebić (czy to w ogóle możliwe???) tę piątkową. Chociaż w takim towarzystwie to bawić się można do rana, pić do dna i jechać choćby na koniec świata.

sobota, 12 września 2009

trzasło, pukło i stukło ćwierćwiecze

W dniu wczorajszym odbyły się obchody mojego ćwierćwiecza. Rano zobaczyłam, że mój zegarek przestał działać i doszłam do wniosku, że w moje 25 urodziny czas się dla mnie zatrzymał:):):)

Poza tym była impreza. Miała być impreza roku i nie wyszło. Bo była to impreza dekady:) Towarzystwo dopisało, mam nadzieję, że wszyscy bawili się dobrze.
Ja dziękuję za wszystko:) Jesteście wspaniali!

poniedziałek, 7 września 2009

A w tym tygodniu...

Intensywnie przygotowuję się do obchodów mojego ćwierćwiecza. Nie wiem czy Wrocław jest gotowy na taką imprezę, ja z pewnością na taką poważną metryczkę się nie nadaję, dlatego zachowam strategiczne milczenie:)

Turniej tenisowy CTP

Po 6 lekcjach tenisa wzięłam udział w turnieju tenisowym, obroniłam tytuł łamagi roku i nawet zdobyłam nagrodę... rakietę:) to się nazywa coś!

Dlatego też moją nieobecność uznaję za usprawiedliwioną!!!

wtorek, 25 sierpnia 2009

podanie o zwolnienie z zajęć wuefu

Tak się złożyło, że ostatnio z moim szanownym bratem zastanawialiśmy się jak uzasadnić podanie o zwolnienie z zajęć wuefu, coby skutek zamierzony przyniosło.
A ponieważ mój brat ambitny jest to drugi kierunek studiów (na który od czasu do czasu uczęszcza) jako uzasadnienie było mu mało.
Tym sposobem po dyskusji burzliwej doszliśmy do wspólnego wniosku, że rozsądnym wykrętem byłaby kontuzja. Bo taka kontuzja to ćwiczenia wyklucza, to i na wuef chodzić nie ma po co.
Tylko co z zaświadczeniem od lekarza, a raczej jego brakiem?
Uznaliśmy, że trzeba wymyślić coś, z czym do lekarza się nie pójdzie. I tak padło na praktyki... sado-maso.
Ja stwierdziłam, że z takim studentem to nawet dziekan nie będzie chciał rozmawiać, podpisze szybko, aby studenta takowego sprzed gabinetu się pozbyć.
Na to mój brat wniósł stanowczy sprzeciw i stwierdził, że będąc dziekanem z takim studentem koniecznie by porozmawiał, zadając jedno podstawowe pytanie: "GDZIE?"

niedziela, 23 sierpnia 2009

Słodko-gorzki weekend

Tak czasami bywa, że pewne sprawy, które nie powinny występować razem mieszają się ze sobą. I tak w ten weekend miałam okazję spróbować koktajlu radości i smutków wielu bliskich mi osób. Myślę, że całkiem nieźle sobie z tym poradziłam, bo zachowałam spokój, zdrowy rozsądek, umiar i zimną krew. Sprawdziłam siebie w kilku ekstremalnych sytuacjach i podsumowując - daję radę:)

czwartek, 20 sierpnia 2009

wieczór, którego sponsorem jest...

butelka wina...

Czy to lek na mój smutek, niepokój i niepewność??? O nie. Ja się nie smucę. Od dziś jestem kobietą spokojną o swoją przyszłość. W końcu w horoskopie napisali, że we wrześniu odkryję miłość mojego życia. Znaczy napisali dokładnie, że ustabilizują się sprawy, na których stabilizację długo czekam. Czyli nadinterpretując mężczyzno mojego życia, szykuj się:)
Chociaż niektórzy twierdzą, że będziesz kolejną ofiarą nie zniechęcaj się. Ja czeeeekam:)!

Plus mam super sukienkę na zbliżające się wesele i wyglądam w niej mówiąc nieskromnie odjazdowo, ergo sukienka zmarnować się nie może.

Na koniec analiza psychologiczna, a może nawet psychoanaliza mnie we własnej osobie, dokonana przez koleżankę z pracy: "Twój mężczyzna nie może być jakiś pierwszy lepszy. Musi Cię zdobywać i zaskakiwać (zasada dwóch "Z"), a poza tym nie może być monotonnie".
I teraz klucz do sukcesu - kto to wytrzyma??? Ja się pytam, kto to wytrzyma...?

niedziela, 16 sierpnia 2009

czwartek, 13 sierpnia 2009

ścianka sportem ekstremalnym...

wczoraj przekonałam się o tym bardzo dobitnie. Spadłam ze ściany przy ćwiczeniach i chyba odbiłam sobie wszystkie narządy wewnętrzne. Sama tego chciałam, ale i tak nie poddam się:)

Potem sponsorem wieczoru był toast "za nasze kawalerskie", który dzielnie wznosiliśmy z moimi przyjaciółmi A. i M. przez cały wieczór:) A to był wieczór.

wtorek, 11 sierpnia 2009

poniedziałek, 10 sierpnia 2009

to jest poniedziałek

Od samego rana, właściwie od nocy jestem miła. Poza tym moja najlepsza przyjaciółka zdała ważny egzamin, ja odsypiam weekend, planuję kolejne imprezy w tym tygodniu.

Salwy śmiechu u mojej przyjaciółki wywołała moja deklaracja, że zamierzam wejść na ścieżkę prawości i stabilizacji. Nie rozumiem, czy aż tak jest ze mną źle?

Poza tym zbliżają się urodziny i wszystko, i wszyscy zaczynają mi o tym przypominać. A zapowiada się impreza roku:)!

zaskakująca pobudka i noc pełna horrorów

dzisiaj pobudka była dla mnie dość zaskakująca. Znowu rodzina szanowna zostawiła mnie bez słowa tym razem na dwa tygodnie. Nie ma to jak obudzić się w pustym domu. Dobrze, że moje koty trzymają się w pobliżu.
Taki był dzień.

Natomiast noc jest pracowita i pełna horrorów. Nie każdy to wytrzyma. To prawdziwy obóz przetrwania:)

sobota, 8 sierpnia 2009

Już mi suknię niosą z welonem:) reaktywacja koszmaru

Doprawdy coraz mniej wzruszają mnie te wszystkie uroczystości. Kolejna kuzynka postanowiła mnie oficjalnie ośmieszyć i za mąż się wydaje. Jak ona śmie?! Takie życie, chleb po 5, a stan staropanieństwa wcale mi nie przeszkadza, ku rozpaczy mojego Ojca. Na znak prostestu dzisiaj zjadł deser lodowy, ale odgraża się, że w ciągu najbliższego miesiąca schudnie 10kg.


A ja z okazji tego zamążpójścia przeżyłam w dniu dzisiejszym maraton po sklepach z sukniami ślubnym, akcesoriami wszelakimi zupełnie zbędnymi w życiu panieńskim, ale jak się okazuje niezastąpionymi w czasie tej doniosłej uroczystości. Nawet odwiedziłam kilku jubilerów.
Trauma jak się patrzy.
I tak mnie te wszystkie falbanki i kwiatki rozczuliły, że rozpoczęłam ranking na partnera mego na czas tej imprezy.
Mój ranking będzie osobisty, prywatny i zupełnie subiektywny. Od kandydatów oczekuje się woli przetrwania, umiejętności tańczenia, posiadania samochodu i prawa jazdy (coby mnie dowieźć na uroczystość, a później nawet przywieźć:)), wytrwałości z powodu konieczności spędzenia ze mną 2,5h w podróży, głowy mocnej, gotowości do wyjścia z imprezy weselnej jako ostatni (jest to tradycja rodzinna, od lat mój Ojciec jest niepokonany i wychodzi jako ostatni, w tym roku planuję chytrze pokonać go w nierównej walce:)) oraz dużej odporności psychicznej (niezbędna przy spotkaniu z moją rodziną).
Trauma jak się patrzy.

Jak na faceta towarzyszącego mam tyle wymagań, to aż się boję momentu, w którym będę szukać sobie kreacji:)

Świat się kończy, a ja dopiero zaczynam:)

Ambitnie. Dyrektorem w rankingu specjalnym prowadzonym przeze mnie, na moje polecenie i na prośbę moją własną został Pan T. Cieszy się jak dziecko. I słusznie należało mu się.

Ja dzisiaj jestem niczym szampon przeciwłupieżowy 2w1. Bo niektórzy uznali, że pracować w nocy mogę sama. Moja wszechstronność nie zna granic, zawsze jest też większa okazja do przetestowania ile, tak naprawdę, czasu potrzebuję na obezwładnienie i unieszkodliwienie przeciwnika (ja twierdzę, że zgodnie z wytycznymi firmy ochroniarskiej dam radę w 7 minut, czyli do ich przyjazdu:)).

To będzie baaardzo długa noc.

robię postępy i jestem trendi:)

Po 3 dniach spędzonych w młodocianym towarzystwie okazało się, że całkiem nieźle wtopiłam się w otoczenie. Nawet dzisiaj dostałam w kinie bilet ulgowy na przysłowiowy "krzywy ryj", bo bilet takowy mi się już od jakiegoś czasu nie należy (ominę drastyczne szczegóły). Moja bezczelność osiągnęła szczyt szczytów, ponieważ przyznałam się, że ulga mi się nie należy, ale umiejętne negocjacje przyniosły oczekiwany efekt w postaci biletu ze zniżkąw mojej dłoni, z którym wkroczyłam na salę kinową dumna i blada, niczym wolność wiodąca lud na barykady.

Ostatnie 72h były szalenie intensywne. Nie mówię, że cały czas było łatwo, co to, to nie! Wczoraj popołudniu w czasie wizyty w ZOO, młodzież, w pełni sił, biegała po terrarium, a ja odpoczywałam na ławeczce, bo sił już nie miałam. Po tym uznałam, że może jednak pomysł z młodszym facetem (bo u starszych kondycja już nie ta:)) nie jest taki trafiony jak sądziłam od jakiegoś czasu (okazuje się, że sama mogę nie dać rady...).
Ale zwrot akcji nastąpił w nocy, na naszym małym clubbingu, kiedy to okazało się, że młodzi odpadli, a ja całą noc na parkiecie spędziłam.

Jaki morał z tej historii? Pomysł z młodszym facetem jest jak najbardziej właściwy, tylko nie będę go do ZOO zabierała:) Powiedzmy, że pomysłów na spędzanie czasu mi nie zabraknie.

środa, 5 sierpnia 2009

Ale za to wieczory mogę zaliczyć do udanych:)

Dzisiaj w młodzieżowym towarzystwie udałam się do kina:) Niestety ulgowego biletu dla siebie nie wynegocjowałam, ale w sumie może dlatego, że nawet nie próbowałam:)

Film obejrzany, na ekranie królował młody czarodziej, którego imię jest na ustach wszystkich. I dobrze. Była akcja, efekty specjalne, miłość, wzruszenia i poczucie humoru. Zaliczam na 4.

Git:)

Trauma o poranku

Chyba wrócę do moich dobrych zawodowych nawyków z poprzedniej pracy. A dokładnie do jednego nawyku, kiedy to ustawiałam sobie czas budzenia z informacją w jakim mieście jestem (wpisywałam skrót lotniska) i czas obowiązujący na miejscu. Było to szalenie przydatne kiedy w ciągu miesiąca przez 20 dni byłam poza domem, a każdej nocy w innym hotelu, w innym mieście.

A dzisiaj o porze tak wczesnej, że nie będę o niej wspominać zadzwonił budzik i przypomniałam sobie ten nieprzyjemny stan kiedy nie wiem gdzie jestem, która jest godzina i po cholerę dzwoni ten budzik?!

Tak poranki są jednak trudne.

poniedziałek, 3 sierpnia 2009

I co ja się z nim mam?

Tak, narzekam na mojego "przyszłego męża".

I ukrywać się z tym nie będę lepiej narzekać teraz, niż się kiedyś rozczarować...

I zgodnie z zasadą:

"Nie chwal dnia przed zachodem słońca, żony przed ślubem, a teściowej przed śmiercią"

można sobie jakoś światopogląd ułożyć, żeby za bardzo nie zrazić się do rzeczywistości:):):)

Samochód pułapka, czyli dlaczego z rodziną dobrze wychodzi się jedynie na zdjęciu

Tak się złożyło, że mój Szanowny Brat postanowił porwać swoją dziewczynę na tzw. "road trip". Zaplanowali bardzo dokładnie odwiedzenie kilku sąsiadów, a także woodstockowego festiwalu.
I przez przypadek (do tej pory zastanawiam się jakim cudem?!) pożyczyłam Bratu samochód mój ukochany, żółtego kanarka. Dokładniej nie pożyczyłam, a zamieniłam na samochód, którym obecnie jeździ mój brat (zresztą też mój własny samochód, słynny czerwony żuczek). Bo Brat doszedł do wniosku, że żuczek jest stary, to bezpieczniej jechać moim.
I tak teraz jeżdżę żuczkiem, i rozumiem dlaczego nie chciał nim dalej jechać niż 10km od domu;p

Przede wszystkim nie otwierają się w nim drzwi od strony kierowcy. Albo należy wsiadać od strony pasażera, albo otwierać drzwi od środka, a w najbardziej zdesperowanej wersji można wchodzić przez otwarte okno od strony kierowcy. Kiedy po żmudnym wejściu próbowałam wyjść z samochodu klamka została w mojej ręce... a to ci psikus. Jedyny plus to radio z odtwarzaczem CD, dzięki któremu mogę słuchać do woli Myslo. Ale kiedy chciałam schować moje cenne płyty do schowka od strony pasażera okazało się... że się zaciął.

Jak pech, to pech do tego dołożę brak klimatyzacji, który jest odrobinę męczący przy obecnych temperaturach i wszechobecne parowanie szyb w czasie deszczu, czyli właściwie w ostatnich warunkach pogodowych jeżdżenie staje się wyzwaniem, wyjątkowo trudnym.

Między nami kobietami, czyli w poszukiwaniu miłości...

Wczoraj po szalonym weekendzie udało mi się trochę odpocząć, ale tylko trochę, bo wieczorem ponownie wyruszyłam w miasto. I tak od słowa do słowa zgadałam się z moją dobrą koleżanką M. i tak sobie trochę ponarzekałyśmy na świat, na facetów i na poszukiwania miłości przy lampce wina i oczywiście nieśmiertelnej sałatce.
To był wieczór.

weekend wielce ekstremalny

48h bez snu, 500km za kierownicą, kilka skoków do wody, opłynięcie jeziora łódką, kilka piw i połowa klubów w mieście... no cóż to był intensywny weekend, ostrzegam nie próbujcie tego w domu:)

A dzięki uprzejmości Pana A. dotarłam do domu szczęśliwie i bezpiecznie. Z białą lilią w ręku:)!

poniedziałek, 27 lipca 2009

Weekend pod hasłem...

"Wszyscy artyści to prostytutki..."

Więcej nic nie napiszę.

Prawdziwe szaleństwo, czyli sporty ekstremalne w ekstremalnych warunkach

Wyścigi na krzesłach, wspinaczka po drzwiach i hokej z miotłami to sporty, które ostatnio miałam okazję przetestować. Wybitnie ekstremalne, szalenie niebezpieczne i wyjątkowo ryzykowne.
Tylko dla prawdziwych twardzieli. Bo nie każdy będzie miał wystarczająco mocne nerwy i zachowa zimną krew (bo powagi zachować nie ma szans).

A wszystko to w doborowym towarzystwie, Pana A. i Panów M. i M.:)

To się nazywa przygoda.
A przygoda, przygoda, każdej chwili szkoda!

Nic na moje usprawiedliwienie

Nie mam nic na usprawiedliwienie. Praca 24h na dobę? i co z tego? Mogę tłumaczyć się zmęczeniem, ale to dla mięczaków. A ja do mięczków nie należę i tak tłumaczyć się nie będę.

Za to powiem, że intensywne życie przez te kilka dni prowadziła i wstydzić się nie mam zamiaru.

środa, 22 lipca 2009

Szaber?

Wczoraj wieczorem moi rodzice przyjechali z wiadrem czereśni. Dzisiaj rano z moim Bratem zastanawialiśmy się skąd je mają.
Ja stwierdziłam, że nie mam do nich zaufania, przecież to mógłby być szaber.

Na to mój Szanowny Brat podsumował: "Problem z naszymi rodzicami polega na tym, że Mama nie weszłaby na drabinę, a Ojciec nie jest w stanie wejść na drabinę"

Co fakt, to fakt.

Mama jest uparta, na drabinę nie wejdzie jak nie musi, a Ojciec dalej chudnie...:) (może kiedyś przyjdą na szaber lepsze dni...)

czwartek, 16 lipca 2009

Prezentowe dylematy

Mój brat poszukuje prezentu urodzinowego dla swojej dziewczyny. Problem wcale nie mały.

Jego pomysły są co najmniej ciekawe. Mój ulubiony to kij baseballowy. Bo która dziewczyna nie chciałaby takiego rekwizytu?
Ja sama planuję się zaopatrzyć w jeden, tak na wszelki wypadek.
A taki prezent od faceta... No cóż, to albo wyraz najwyższej troski, albo zasygnalizowanie skłonności masochistycznych na wypadek, gdyby obdarowana chciała wykorzystać taki element do sprostowania delikwenta:)

wtorek, 14 lipca 2009

Praca, praca, praca i jeszcze raz życie osobiste...

Ja już nic nie piszę, nic nie mówię i milczeć będę jak grób. Bo w pracy miało być pięknie, a jest jak zwykle. Sami wiemy kto ma na to wpływ.

I tym sposobem wróciłam do moich wcześniejszych planów. Szukam męża. Męża, który pasją moją będzie. Największą. Jedną z wielu:)

I tych zeznań będę się trzymać!

niedziela, 12 lipca 2009

Złota myśl na dziś

Nawiązująca do pewnych umów handlowych pomiędzy moimi kolegami z pracy...

"Tylko nie sprzedaj się za trabanta!"

I tu pora na sprostowanie. Nie ja, a koledzy chcą mnie przehandlować. Nie przypadkowej osobie, a Drogiemu Panu K. i nie za trabanta, ale za nyskę.

Tak się tworzą plotki. Ani się obejrzę, a znajdę licytację na allegro;p

Home sweet home

Dzisiaj tak mi się przytrafiło, że po szalonej nocy prawie cały dzień przespałam.
W międzyczasie spełniłam mój katolicki obowiązek, potem musiałam jeszcze zawlec się resztkami sił na zakupy (w uroczym dresie, bo nie miałam nawet siły na jakikolwiek inny strój).

Jednakże sytuacją dnia było powitanie mojego brata, który wrócił po wyjeździe. I to przypadkowe.
Byłam pod prysznicem i usłyszałam dzwonek do drzwi, który dzwonił, i dzwonił, i dzwonił...
Wyskoczyłam z łazienki, cała mokra, owinięta tylko w różowy ręcznik. Zbiegłam na dół. otwarłam drzwi... i zobaczyłam 4 facetów plus mojego brata.
Jak się okazało jego koledzy, którzy też byli na wyjeździe jeszcze na chwilę wpadli do nas do domu. No to powitanie mieli w moim stylu.
Ja z miną lekko zakłopotaną stwierdziłam, że przepraszam za mój strój, ale właśnie brałam prysznic. To najlepszy przyjaciel mojego brata skwitował:
"Ależ nam to nie przeszkadza"
:)

Wykwintne bułeczki, seks telefon i impreza miesiąca

Dzisiaj usłyszałam wiele słów, mnóstwo propozycji i jeszcze więcej aluzji.

Poza tym okazuje się, że mam coraz większą wprawę w tzw. seks telefonie. Mam jednego stałego rozmówcę. Jest to Drogi Pan K.:)

Natomiast pomysłem miesiąca (oficjalny ranking będzie dostępny pod koniec lipca, ale to pewniak na miejsce pierwsze;p) jest wspólne kupno samochodu imprezowego (w stylu nyski, albo żuka), do którego zapakujemy się większą paczką i pojedziemy w siną dal, w rytm muzyki i ku zachodzącemu słońcu...

Bo nieważne dokąd, ważne z kim:)

Alleluja i do przodu! kolejna odsłona

Niech to będzie hasło przewodnie na dzisiejszą noc, dzień i całą resztę życia.

Bo życie jest krótkie i nie ma czasu na półśrodki.
Trzeba czerpać z niego garściami, bawić się do rana, śmiać się głośno, zawsze być zgodnym z własnym sumieniem i cieszyć się nawet z drobiazgów, bo one tworzą naszą egzystencję.

sobota, 11 lipca 2009

piosenka przewodnia, alleluja i do przodu:)

Dzisiaj dzień umilam sobie muzyką, do tego dodam sporo jazdy samochodem (szybkiej w dodatku, czyli takiej jaką lubię najbardziej) i mogę uznać dzień za udany:)

Po raz kolejny sprawdza się moja dewiza, że najlepiej bawię się... we własnym towarzystwie:)!

piątek, 10 lipca 2009

Wybitne przygody, w czasie niepogody

Moja ignorancja sięgnęła zenitu. Do tego należy dodać ogólne "przymulenie" związane z pogodą i mój niewyparzony język. Reszty chyba nie trzeba.

Ranek był wręcz uroczy. Akurat wstałam rano i w czasie biegania wywaliłam się (moje wywrotki i fikołki już są znane w okolicy, ale ludzie, nie na prostej drodze....). Potem na śniadaniu nie mogłam znaleźć sobie niczego, co mogłoby odpowiednio zaspokoić mój głód. I to był ten drobiazg, który "na manowce złości wywiódł mnie".
I oznajmiłam rodzinie, że nie mam się w co ubrać i nie mam ochoty na nic. Do tego mina obrażonej księżniczki i obrót na pięcie. Występ na miarę Oscara. Tragedia. TRAGEDIA. Chyba się cofam w rozwoju, bo to mi wyglądało na bunt nastolatki:)

Nawiązując do mojej ignorancji, nie spodziewałam się takiego zaawansowanego jej stanu. Jestem stuprocentową ignorantką i chylę czoła przed wszystkimi, których kiedyś lub w przyszłości mylnie ocenię. Czytam i czytam, i nadziwić się nie mogę...


A zmieniając temat. Dzisiaj dowiedziałam się, że absolutnie przez mój pracoholizm nie nadaję się na żonę. Tylko na sponsorkę;p
Rozumiem, że żona dla niektórych to musi siedzieć w domu, prać, sprzątać i gotować na dodatek! Sic!

:):):) To ja wolę pracoholizm! Albo lepiej... sama bym chciała taką żonę:)!

Trzeba to uczcić:)

Dzisiejszy wieczór mam zupełnie wolny od pracy:) i nie będę w pracy ponad 24h:) to cudowne!

Aż się zastanawiam co z taką ilością wolnego zrobić, bo tyle jest do zrobienia...

czwartek, 9 lipca 2009

moje statystyki

W poprzednim poście wyciągnęłam ciężką artylerię, ale spokojnie, taki jednorazowy wyskok.

Teraz pora na moje małe statystyki.

33h z życia Pensjonarki to ponad 28h pracy i prawie 2h snu. Nieźle co? Nawet nieźle sobie radzę chociaż filozoficzne podejście do życia mam i łatwo się wzruszam:)

I jak się okazało pracoholizm stał się drogą do bycia w przyszłości żoną idealną... No i git!

"męskie szowinistyczne świnie"

Współczesne społeczeństwo karmione jest komercyjną papką.

I uważam, że właśnie takie pranie mózgu jest przyczyną zniewieścienia większości facetów.
Za samo zło uważam serię reklam Coca-Coli Zero.
Tam faceci utwierdzani są w przekonaniu, że brak zobowiązań i brykanie jest po prostu modne. Oczywiście jest to fajna sprawa, ale jak słyszę kolejnego faceta (a tak w rzeczywistości niedojrzałego dzieciaka), który opowiada utarte slogany, nie do końca je rozumiejąc to, za przeproszeniem, ulewa mi się.

Kiedy znowu słyszę, że małżeństwo to utracenie wolności i do niczego nie potrzebny papierek, mam zwyczajnie odruch wymiotny. Bo tak w rzeczywistości bardzo przykro jest słyszeć takie rzeczy od, wydawałoby się, inteligentnych ludzi, którzy nie mają pojęcia o czym mówią i powtarzają to, co jest po prostu wygodne.

Tylko proszę mnie źle nie zrozumieć, nie jestem ani zwolenniczką, ani przeciwniczką legalizacji związków. Uznajmy, że jestem neutralna niczym Szwajcaria.
Bo ja nie potrzebuję faceta dla udowodnienia własnej wartości (bo ją doskonale znam), nie potrzebuję też męża z powodów finansowych (jak niestety część kobiet), ponieważ sama sobie dobrze radzę i nie mam zamiaru tego zmieniać.
Ale biorąc pod uwagę pewne wartości (a miarą prawidłowo rozwiniętego społeczeństwa są wartości, którymi się kieruje, w przeciwnym razie możemy wszyscy wrócić do jaskini i biegać z maczugami) jest to ważny element życia społecznego, nie wspominając o ułatwieniach prawnych życia we dwójkę.
Bo jeśli ktoś powtarza, że jest to nic nie znaczący papierek po pierwsze żyje w utopii (Pobudka! W Polsce jest to szalenie znaczący papierek, zaczynając od kwestii kredytowych, a na wizytach w szpitalu kończąc), po drugie nie szanuje osoby, z którą jest.
Odbijając piłeczkę, na której są argumenty w stylu "to nic nie zmieni", można powiedzieć skoro nic, to czemu to takie trudne.
Ja z niedojrzałymi facetami miałam już kilkakrotnie do czynienia i powiem krótko, żal mi ich i ich obecnych, i przyszłych kobiet, ponieważ tv kłamie, ale też robi bardzo skutecznie sieczkę w umysłach, jak widać, co słabszych osobników.

Zostawiam z refleksją.

Wszystkie feministki świata łączcie się.

W pogoni za białym królikiem

Chyba to już ludzka natura tak nami kieruje, że najlepiej smakuje zakazany owoc, a najbardziej szanujemy co nie przyszło łatwo i to o co walczyć musieliśmy.
Taka pogoń za białym królikiem.
U mnie dochodzi do tego jeszcze upartość (określana jestem przez moją rodzicielkę, jako uparta jak głupi osioł) i voila! mamy mieszankę wybuchową niestabilnej emocjonalnie ekstrawertyczki, bujającej w obłokach, o aspiracjach pseudoartystycznych i z wybujałą wyobraźnią(i brakiem wyobraźni jednocześnie w kwestiach przyziemnych) w pogoni za spełnieniem marzeń, i rozumem przy okazji, z parabolicznie hedonistyczno-ascetycznymi poglądami.
Konia z rzędem dla tego, który mnie zrozumie. Bo ja sama zgubiłam wątek:)

A w kwestii pogoni to tak się stało, że ostatnio takiego jednego białego królika złapałam:

A dokładnie złapałam go we Wrocławskim ZOO, a polowanie było pacyfistyczne, z aparatem:)
Czyli jest nadzieja...


Ostatnio kilkakrotnie usłyszałam pytanie jak znajduję jeszcze czas na pisanie i czy w takim razie bardzo mi się nudzi w domu.
Piszę, bo lubię, a jeśli ktoś nawet kiedyś uśmiechnie się przy tej pisaninie to tylko balsam dla mojego skołatanego serduszka:)

środa, 8 lipca 2009

wtorek, 7 lipca 2009

kot, który chciał być zającem i nawiedzony telefon...

Moja kotka (prawdziwa, bezimienna) zawsze chciała zostać zającem. Ale jak wiadomo nie zawsze można mieć to czego się chce, dlatego pozostało jej podskakiwanie od czasu do czasu, ku uciesze rodziny. Tak to jest z tymi zwierzakami.

Zorientowałam się dzisiaj, że mój telefon jest nawiedzony, bo sam ustawił pobudkę na jakąś absurdalnie wczesną porę, albo to ja jestem nawiedzona, jeśli miałam z tym coś wspólnego. I do tej całej, mojej dzisiejszej orientacji mogę dołożyć przełomowe odkrycie. Jestem dziwakiem, i na dodatek straszny ze mnie mięczak. Gdybym miała psychiatrę to pewnie uznałby to za przełom w leczeniu:) To chyba na plus:)

Idę spać, bo raczej już na nic na poziomie dorównującym mojemu odkryciu dzisiaj nie wpadnę.
A to ci psikus:)
Ahoj i czapki włóż, kapitan na horyzoncie, a dziwak pod pokładem!

poniedziałek, 6 lipca 2009

Super to takie ładne słowo

A jakie pożyteczne. Ma wiele zastosowań i mnóstwo rzeczy można nim określić. Na przykład, ale super książka, super dziewczyna, super niania, nie wspominając o wszechmogącym Supermanie.

I tak mogą być super samochody, super rodzice, super ciuchy, super wyniki, super wakacje, super praca i super wyzwania. Możemy pójść dalej i mieć super żonę/męża, super teściowe nawet się zdarzają (podobno;p). I tak dalej...

Super stwarza nam też super bogactwo odmian. Jest superowy, superancki, superaśny, superfajny, super-chruper, super-dupek, Supernat, Supernatural, Superexpress, supernova, super size me i jest super, jest super, więc o co ci chodzi?

Ale śmiechawa;p!*

*słowo obdarzone wielką sympatią przez drogiego Pana K. (to tak żeby formalności stało się zadość i aby być super poprawną politycznie autorką wypocin tutaj zamieszczanych:))

Home alone part 2: w rytmie Myslo

Jestem sama w domu. Znowu. Wróciłam po 20h pracy, zarzuciłam kocią dietę, bo kotki miały swój własny pomysł na obiad.
Poszłam spać przy akompaniamencie dobrego rocka:)

I obudziłam się o 19...
Pochodziłam po domu, porozglądałam się po ogródku. Włączyłam TV, ale coś nic do mnie nie przemówiło (to może i dobrze, że nie komunikuję się ze sprzętem RTV).
Otworzyłam lodówkę jakieś 30razy (a nuż przeoczyłam coś, na co miałabym ochotę przeogromną, ale najwyraźniej z jedzeniem też dziś nie znalazłam wspólnego języka;p), powisiałam trochę na schodach, ale to jeszcze nie było to.
Bezkarnie odpaliłam płytę Myslovitz na cały regulator:). Chciałam przećwiczyć kocią tresurę, ale mam wrażenie, że kotki zupełnie mnie ignorują, nie reagując na komendy "siad" i "daj łapę", które ostatnio ćwiczyłyśmy (również bezskutecznie).
Zmieniłam opis na gg, wypiłam herbatę, owocową na dodatek.

I co, może powinnam zrobić coś pożytecznego? A może coś śmiesznego? Mowy nie ma, wystarczająco było śmiesznie jak uderzyłam głową w drzwiczki od szafki z kluczami i z wrażenia po tym się wywaliłam.

I tak się błąkam:) Byle by nic nie potłuc:)

Miłość, kłamstwa i płyty Myslovitz

"Chemiczny świat pachnący szarością z papieru miłością, gdzie ty i ja..."*

Miłości nie ma, a Bóg umarł...
Można pomyśleć, że od dzisiaj jestem nihilistką.
A może po prostu realistką? Bo czy przy 6mld ludzi na Ziemi, ktokolwiek logicznie myślący faktycznie uważa, że znajdzie swoją drugą połówkę? I to najczęściej na sąsiedniej ulicy, w pobliskim sklepie, w pracy, na uczelni czy na basenie?
Nie wygłupiajmy się, za stara jestem na takie bajeczki.

A jednak moja realistyczna natura, szalenie przydatna w życiu codziennym, gdy przychodzi to spraw metafizycznych wycisza się zupełnie. I tak wierzę w Boga, wierzę w miłość i przeznaczenie.
I wiem, że każdy kiedyś znajdzie kogoś, kto mu zaśpiewa z całym przekonaniem:

"Dla Ciebie, mógłbym zrobić wszystko, co zechcesz powiedz tylko, naprawdę na dużo mnie stać..."**

I trzeba w to wierzyć i żyć zgodnie z własnym sumieniem i być szczęśliwym, bo każdy zasługuje na szczęście. I na miłość:).***



*"Długość Dźwięku Samotności" Myslovitz
**"Dla Ciebie" Myslovitz
***wątek ze specjalną dedykacją dla A.

niedziela, 5 lipca 2009

kryzys ćwierćwiecza a może letnie przesilenie...

Uwaga, uwaga, bo idzie łamaga! Akurat w moim przypadku takie hasło jest wręcz idealne.
Opis brutalnie specyfikujący rzeczywistość, która jest... brutalna.
Bo jeśli gdzieś mogę się wywalić (tylko nie byle jak, ale spektakularnie, bo takie zwykłe wywrotki to amatorszczyzna), to zrobię to jak trzeba,widowisko gwarantowane.
Co prawda jeszcze nie walnęłam głową w skrzynki na listy (tu ukłon dla Pani G.(!)), ale to pewnie jedynie dlatego, że nie poruszam się w pobliżu miejsc z dogodnym ustawieniem do uderzenia takowych skrzynek.

A zatem tak się stało, że na podsumowania ostatnio mi się zebrało.
Rzewnie, depresyjnie i twórczo, bo wpadłam w stan tzw. głębokiej melancholii.
Do epokowych odkryć raczej nie dojdę, ale wkrótce osiągnę zacne ćwierćwiecze i co z tego? Chciałoby się rzecz QUO VADIS?
W moim przypadku odpowiedź zawsze aktualna to "do pracy". A powinna być taka:
"tam gdzie miód najsłodszy, słońce najjaśniejsze, wiatr ciepły i ludzie szczęsliwi":)!

A teraz właściwie żadna, powtarzam ŻADNA z dziedzin mojego życia nie jest stabilna, ani unormowana. W sumie jak też nie jestem stabilna (emocjonalnie) i unormowana (w ogólnym znaczeniu tego słowa). Jednym słowem kicha. Szukając pozytywów, przynajmniej nie dopadnie mnie nieznośna lekkość bytu:)

Może kupię sobie psa, może lepiej lwa...:)

Kolejna myśl na wagę złota

"Ty może lepiej już znajdź sobie męża i idź do pracy na pół etatu"*

*Autorstwa M.

Czy naprawdę tak nisko upadłam;p??? Ja się pytam...

Druhu drużunowy melduję posłusznie...

Czołem drużyno!

Skoro już przyszło mi na zwierzenia po północy to zawsze chciałam wstąpić do harcerstwa. Serio. A tak się złożyło, że moi rodzice nie zapisali mnie nigdy do żadnego zastępu. Szkoda, bo harcerką byłabym idealną. Zawsze miałam słabość do mundurów;p

A tak zero musztry i co ze mnie wyrosło:)?

Przysięgam, że pisząc to nie miałam grama alkoholu we krwi.
Jaki z tego wniosek?
Osiągnęłam etap najgłupszych światowych zwierzeń na trzeźwo. Czyli "Mam talent 2: powrót potwora z bagien i pięciominutowy przepis na osiągnięcie granic absurdu, zrób to sam".

Praca, męskie wzruszenia i rakieta tenisowa:)

Ostatnio moje życie właściwie toczy się pod znakiem pracy. Przykre. Najbardziej przykre, że o tym piszę. Czy to znaczy, że niedługo stanę się ograniczonym umysłowo, nudnym pingwinem? Jak już to chińskim dzieciaczkiem w drodze do fabryki ideologii mao, w poszukiwaniu czerwonej książeczki, skoro już nawiązujemy do stylu ubierania:)

Może zrobię małe podsumowanie ostatnich dni, tak chyba będzie bezpieczniej, żeby nie wkraczać na grunt jadnakowoż grząski, pominę pewne napięcia na poziomie minus 10, pomiędzy moi a kanadyjskimi przedstawicielami ludu pracującego - a zatem pokonałam kawał ściany, której nienawidzę, a później skopałam jej chwyty "żeby nie wiedziały którędy na górę", robię dietę odchudzającą kotom oraz próbuję je wytresować, ale sierściuchy moje wysiłki mają w głębokim poważaniu (i patrzą na mnie z politowaniem), czytam 4 książki jednocześnie, kolejny raz obejrzałam w kinie Transformersów, naprawdę czadowe z nich roboty (znaczy autoboty:)), oraz otrzymałam pierwszą lekcję tenisa ziemnego pod znamienitym tytułem: "w przypływie spontaniczności połączonej z dużą ilością adrenaliny już bez katalizatorów można rozwalić rakietę, a adrenalina plus lekkie podirytowanie plus motoryzacja równa się kontuzja". Takie tam warte zapamiętania przemyślenia.

czwartek, 2 lipca 2009

Powrót do przyszłości cz. 58: samiec alfa na randce

Zasłyszane w jednej komedii dla nastolatków:

" Jeśli idziesz na randkę to koniecznie musisz założyć buty na obcasach. To sprawi, że twoje łydki będą napięte, a to facetom, którzy przecież są podświadomie myśliwymi (natury nie oszukasz), przypomina uciekającą zwierzynę..."

Przyznam, że teoria chociaż mocno ekscentryczna, coś w sobie ma:)
Bo który samiec alfa nie lubi kobiet na obcasach???:)

chwila z życia nie takiej pierwszej lepszej Anny

Znam niesamowitą osobę. Osobę, która mimo przeciwności losu zawsze kroczy z podniesionym czołem. Zna słodki smak sukcesu i gorzki smak porażki, ale żaden z nich nie zawróci jej w głowie. Jej życie nie jest letnie. Jest albo gorąco, albo lodowato. Nie ma czasu na kompromisy, bo życie jest krótkie.
Jeśli kocha to prawdziwie, jeśli się złości to całkowicie i nigdy się nie poddaje.

A ja patrzę i wyciągam wnioski. I życzę jej z całego serca jak najlepiej!

Małe sprostowanie, proszę o uwagę

Jestem prawdziwym wymiataczem, przecinakiem i terminatorem. Co do tego nie ma wątpliwości. Na dowód ostatnio misję specjalną w pracy wykonałam profesjonalnie, bezwzględnie i bez mrugnięcia okiem (na takie akcje jest jedno określenie "nawet nie zipnął") i z tej okazji miałam, za każdym razem kiedy wchodzę na te marmury (sami wiecie gdzie:)) mieć podkład muzyczny z Mission Impossible (był z Piratów z Karaibów, w sumie też może być - Piratka:" do abordażu!!!").

I właśnie dlatego chciałabym zdementować pewne plotki. Materiały wybuchowe traktuję tylko i wyłącznie hobbystycznie. Nie posiadam sprzętu do podsłuchu i tej wersji będę się trzymać. Nie nagrywam też rozmów, które prowadzę. Mam dobrą pamięć. I gdyby ktoś życzliwy chciał coś dodać. Nie, nie jestem pamiętliwa, mam po prostu dobrą pamięć!

I coś specjalnego dla Drogiego Pana K.



samiec alfa:)

Home alone

Wróciłam do domu i oto co zastałam. Pusto, nikogo ani śladu, tylko rozhisteryzowane koty biegały po ogródku. Na górze pozostałości po malowaniu w pokoju mojego brata, czajnik z jeszcze ciepłą wodą w kuchni. Generalnie wszystko wskazywało na to, że rodzina moja tutaj przebywająca w pośpiechu opuściła to miejsce.

I nagle na środku stołu zobaczyłam... kupon z wynikami dużego lotka.

I co ja, biedny żuczek, sobie miałam pomyśleć, hę?

"Szatan z siódmej klasy"

Pamiętacie? Film czadowy już zapomniałam jak fajny jest:) I dzieciństwo się przypomina:)


"I czego się drzesz?!"***


***Profesor

środa, 1 lipca 2009

30h bez snu, 20h pracy, maraton i podsumowując

Całe życie z wariatami:) A na czele JA. Bo kto normalny tak się zachowuje?

Teraz spędzam uroczy wieczór sponsorowany przez tanie wino z "Zaczarowaną" w telewizorni i jak słowo daję zaraz padnę:)

Mogę w tym momencie mogłabym zacytować fraszkę autorstwa mojego:) Ci co wiedzą o co chodzi, wiedzą o co chodzi:)

wtorek, 30 czerwca 2009

Wrocław by night

Już się zupełnie przyzwyczajam do Wrocławia w wersji by night, chociaż ze względu na sporą ilość pracy mało kiedy mam szansę podziwiać miasto. Za to mogę się zawsze zintegrować z miejscowym elementem, o być może mało klarownej kartotece policyjnej, zwanym potocznie "żulami", "menelami", itd.

A podsumowując dzień, połowę przespałam, potem kiedy obudziła mnie burza wybrałam się na małe polowanie na pioruny (z aparatem fotograficznym i aż na balkon:)), ale nic nie upolowałam;p, zjadłam porządny kawał mięsa i wybrałam się do pracy:)

Po drodze ojciec przedstawił mi tabelki, z których ewidentnie wynika, że jego waga idzie w dół, co oznacza dla mnie tryb przyspieszony poszukiwań (przynajmniej on tak twierdzi), ale ja się nie poddam, od jutra zaczynam operację o najwyższym stopniu tajności pt. "sabotaż" i polegać ona będzie na przypadkowym zostawianiu jedzenia na widoku:):):) pochylcie czoła nad geniuszem moim niedocenionym. Jak to mówią prawdziwy geniusz jest doceniony w następnym pokoleniu, tak zepewne będzie i ze mną:) Jestem niczym "Siłaczka" u Żeromskiego, sama przeciwko wszystkiemu i wszystkim...

Tym optymistycznym akcentem kończę moje wywody na temat nieokreślony. Proszę zwrócić uwagę z jaką łatwością i płynnością przeszłam od nocnego życia w mieście, poprzez menu obiadowe i problemy matrymonialne, aż na lekturach szkolnych kończąć:)

ach te randki...

Czy propozycja randki:

"Ja zobaczę twój samochód, ty zobaczysz moje nogi..."

jest zbyt sugestywna:)???

jogging, hibernacja i marzenia o Afryce:)

dzisiaj cały dzień postanowiłam się lenić. I jak na porządnego lenia przystało swoją poranną egzystencję rozpoczęłam ubraniem się w dres i joggingiem:)

A teraz to już pełna degrengolada, z której nie mam zamiaru rezygnować, aż do wieczora kiedy to muszę pojawić się w pracy... a potem znowu do pracy, i znowu, i znowu... nawet wolę sobie nie imaginować.

Pozostają mi tylko moje skromne marzenia o Afryce przy yerba mate i ogólnie sprzyjającym klimacie pogodowym:) Africa... Africa... Africa:)

niedziela, 28 czerwca 2009

marsz weselny, fotoreportaż i różowa sukienka

I po ślubie i weselu. Kolejna para na dobrą drogę wspólnego pożycia się skierowała ku radości rodziny i znajomych. Impreza sama w sobie jak przystało na wesele była huczna i wesoła, a towarzystwo rozśpiewane:)

Trochę rozruszałam co niektórych jako, że łatwo mnie było namierzyć w różowej sukience. Z orkiestrą się zaprzyjaźniłam,zdjęć zrobiłam milion, wujków obtańcowałam i wszystkie pieśni weselne śpiewałam dzielnie:)


Na dodatek niczym kopciuszek urwałam się do domu przed północą, bo do pracy na 7, ale chciałam chociaż na chwilę uświetnić moją obecnością ten bal:) I podsumowując po prostu trzeba wiedzieć kiedy ze sceny zejść:)!

sobota, 27 czerwca 2009

Mój piękny panie z tego wszystkiego nie mogłam zasnąć...

I jeszcze jedno.

Pewien osobnik, którego z imienia nie wymienię, ale nazwijmy go przykładowo K. (hahaha:)) miał za mną aparat fotograficzny i kliszę (której nie mam) na ślubie wcześniej wspominanym nosić (ponieważ JA osobiście mianowałam się nadwornym, samozwańczym fotografem młodej pary, czy tego chcą czy nie, a potem planuję z tymi zdjęciami wygrać konkurs fotograficzny National Geographic, czy tego chcą czy nie, jestem zła:))).
I co? Ni co! Miał aparat nosić, a nosić nie będzie, bo do pracy musi iść! Też mi wymówka...

A ojciec dalej chudnie:)

I powiozą mnie windą do nieba...

No to już z łzami w oczętach można by wyśpiewać:) Wzruszające. To chyba to wesele, co mnie na nie poproszono, tak na mnie wpływa. Potulna jak baranek jestem, ale bukietu łapać nie będę! Jakby co unik w prawo mam opanowany, w lewo też ujdzie,a panika dopomoże w ucieczce.

Bo ja twardziel jestem, chociaż jeśli chodzi o wszelkie uroczystości rodzinne typu śluby i pogrzeby to ryczę jak bóbr (i to rozhisteryzowany, a to już zalicza się do zaburzeń).
Plusem jest to, że z powodu, jakby nie było koligacji zawodowych i profesjonalizmu w każdym calu, mój makijaż wytrzymałby nawet wodowanie, więc straszyć nie będę.

W najgorszym przypadku dostanę czkawki w najmniej odpowiednim momencie:)

A ojciec dalej chudnie...

Mój piękny panie raz zobaczony w technikolorze...

Z okazji dzisiejszego (samotnego bom kobieta wyzwolona) wyjścia na ślub do koleżanki ogarnął mnie nastrój iście melancholijny i podśpiewuję sobie pod nosem, takie tam, szlagiery...

A ojciec dalej chudnie...

Już mi suknię niosą z welonem...

Insynuacjom, spekulacjom i innym wariacjom, dotyczącym mojego zamążpójścia, nie ma granic.

Ja wcale się się tym nie przejmuję, męża szukam intensywnie (grunt to zachować pozory), aczkolwiek, tak między nami mówiąc, niezbyt się do tego przykładam.

Dzisiaj, na ten przykład, mogę powiedzieć, że przez przypadek wylądowałam w gabinecie stomatologicznym. I tak się złożyło, że nieumalowana, nieuczesana i generalnie nieprzygotowana na spotkanie ewentualnego wybranka byłam, a każda szanująca się, poszukująca młoda panna wie, że taki gabinet stomatologiczny, to przy obraniu odpowiedniej taktyki może być prawdziwą żyłą złota (tj. mężów:)). A zatem szansę życiową być może utraciłam, a wielka miłość przeleciała mi koło nosa z prędkością odrzutowca... Mówi się trudno i żyje dalej.

Ale ja nie jestem jedyna, która przeżywa delikatną kwestię mojego przyszłego męża.
Znajomi próbują mnie wyswatać, przed randką wszyscy w pracy trzymają kciuki, a rodzice dają na mszę za przyszłego zięcia.
Do tego kiedyś (bodajże w przypływie głupoty, pomieszanej z pewnością siebie i najprawdopodobniej z zamroczeniem alkoholowym) powiedziałam, że w momencie, kiedy mój ojciec osiągnie wagę 90kg, ja, we własnej osobie, za mąż wyjdę, co wiązać się może również z wyprowadzką z gniazda rodzinnego. Ojciec się zawziął na dietę przeszedł, bo jak to określił, mojego staropanieństwa długo nie wytrzyma.

Ja póki co śmieję się, bo ojcu jeszcze 28kg brakuje i zamiaru się wydawać i wdawać w jakieś układy nie mam.

A ojciec dalej chudnie:)

czwartek, 25 czerwca 2009

burdel, większy burdel, miejsce, w którym pracuję...

Kwintesencja burdelu to piękne określenie na podsumowanie koszmarnego dnia...
by Mr K.

Złote myśli - tym razem RODZICE:)

Dzisiaj moi rodzice opowiedzieli nam dowcip, który uznali za szalenie zabawny.
"Kiedy naprawdę rodzi się człowiek?
Wtedy gdy dzieci wyprowadzą się z domu, a pies zdechnie (rozumiem, że to może tyczyć się wszystkich zwierzaków domowych, miej w opiece nasze koty;p)".

Bo moi rodzice, duchy niespokojne, wolności poszukujące, czekają na moment wyprowadzki całego naszego wesołego trio.
Ze mną już raz to przeszli, ale ku ich rozpaczy wróciłam niczym bumerang. Bo nie ma jak u Mamy:)

Dzień po...

Nikt nie zrozumie tak dobrze człowieka, który próbuje odpocząć po nocnej zmianie, jak tylko inny członek "bractwa zmiany nocnej". Klub ten jest mniej lub bardziej elitarny, ale muszę przyznać, że go uwielbiam, ponieważ na każdej takiej zmianie przekonuję się, że moje miasto nie śpi, a życie trwa 24/7:)

I było by cudownie, bo słyszę często argumenty - "tym sposobem masz 2 dni wolnego", ale one mnie nie przekonują i każdy członek "bractwa zmiany nocnej" też przekonany do nich nie będzie.
Przykładem idealnym mojego dnia wolnego po zmianie nocnej jest dzisiaj, kiedy czuję się jakbym była pijana i miała kaca jednocześnie* i to jeszcze na trzeźwo! To dopiero nieuczciwość!

*dzisiaj jestem zmęczona i czuję się jak na porządnego kaca przystało, więc być może po imprezach ja wcale nie mam kaca tylko JESTEM ZMĘCZONA:)

wtorek, 23 czerwca 2009

ciągle pada...

ulewa, oberwanie chmury, burza, a może po prostu apokalipsa?***********

**********niepotrzebne skreślić

jestem kobietą sukcesu?będę kobietą sukcesu?

Ostatnio zainteresowanie moją osobą ze strony potencjalnych pracodawców mocno wzrosło. Nawet dostałam kilka poważnych propozycji (niestety nie matrymonialnych...).
Czy to już mianuje mnie kobietą sukcesu?
Czy stan mojego konta jest tu istotny?
A może powinnam zmienić samochód? (Ale będąc zgodnym z zasadą inwestowania wartościowego, a ponieważ taką zasadę każda kobieta sukcesu zna, ergo każda kobieta sukcesu wie, że samochód nie jest "dobrą" inwestycją...)
A być może, taką kobietą sukcesu z krwi i kości będę dopiero w momencie zmiany stylu ubierania z panterkowych trampek i dżinsów na 12cm czarne szpilki do czarnego (obowiązkowo!) kostiumu...?
Czy to oznacza, że będę musiała zacząć się czesać, coby fryzura i image do wizerunku tego całego ogólnie pojętego sukcesu pasował?!
Pewnie do tego powinnam także dostosować wyraz twarzy, zawsze poważny i w nieprzeniknionym stopniu "sukowaty", hehe

Wtedy z pewnością całkowitą postrzegana byłabym jako kobieta sukcesu.

Wszystkie feministki świata łączcie się:)

poniedziałek, 22 czerwca 2009

dno i 10m mułu

Tak siebie określiłam wybierając się dzisiaj do kina.

Nie dość, że sama to jeszcze na komedię romantyczną.

Na szczęście film był niezły ("Narzeczony mimo woli"), a mnie doprowadził do płaczu ze śmiechu, więc wyjście zaliczam do udanych:)
Wszystkie feministki świata łączcie się:)!

Ćwiczenia fizyczne nadzieją ludu pracującego

Uczę się robić pompki, takie prawdziwe, a nie babskie. Jest to odrobinę trudne, ale poddawać się nie mam zamiaru. Rekordu pobić też nie pobiję, ale plany są ambitne.

Ostatnio w najnowszej książce M. Krajewskiego przeczytałam opinię jednego z bohaterów, o tym, że ćwiczenia fizyczne są złe, bo świadczą o uleganiu pokusom ciała:) niezłe i zachęcające!

Przełom na wagę Pulitzera, Oscara lub żółtych papierów

Dzisiaj, w dniu 22 czerwca 2009 r. mój własny, osobisty brat dokonał wiekopomnego odkrycia. Najpierw świecąc mi w oczy małą latareczką stwierdził, że:
"Brak odpowiedniej reakcji na błyski wskazuje, że w organizmie działa prawidłowo jedynie rdzeń kręgowy, ośrodek mózgu jest zupełnie niewykorzystywany".
Następnie z miną szalenie poważną zwrócił się do mojej rodzonej matki i oznajmił:
"Bardzo mi przykro, jak się okazało TWOJA CÓRKA jest żółwiem".

Ja to skwitowałam śpiewem:
"Denver, ostatni dinozaur, to jest kumpel sprzed milionów lat..."
Piosenką, która za sprawą szanownego współpracownika mojego dzisiaj powoduje u mnie tzw. "swędzenie mózgu", i która doprowadziła do przeprowadzenia wyżej wspomnianego dowodu przez brata rodzonego, który za sprawę honoru swego uznał konieczność potwierdzenia, że ja mózgu prywatnie nie posiadam i szans na jego "swędzenie" nie mam.
Koło się zatoczyło, myśl filozoficzna na dobre zagościła w naszych skromnych progach.

I dziwić się nie można, że mi się światopogląd przewrócił do góry nogami... czy jakoś tak...

niedziela, 21 czerwca 2009

Wschód Słońca

wschód Słońca był piękny, tylko co ja robię o takiej nieludzkiej porze na tyle przytomna, by zauważyć, że Słońce pojawiło się na widnokręgu...

Szaleństwo:)

sobota, 20 czerwca 2009

wyznania pracoholiczki?!

To określenie chyba jednak do mnie nie pasuje. Ja jestem po prostu uwięziona w spirali absurdu mojego obozu pracy:) Bo poszłam tylko na chwilę, tylko do pomocy i tylko w konkretnym celu, a wyszłam po prawie 11h, chociaż przez ostatnie 6h cały czas próbowałam się stamtąd wydostać:).

Tak jakbym wpadła w pętlę czasoprzestrzeni...
Pytanie czary-mary czy głupota?

piątek, 19 czerwca 2009

długie wieczory bez żadnej metafory...

Dzisiejszy wieczór to pełnia przygód, zaraz wyruszam na łowy:) Bo ja jestem taki łowca przygód, chodzący własnymi szlakami zwierz stadny:)

Przygoda, przygoda, każdej chwili szkoda!:)

poranki pod znakiem stłuczonej szklanki

Poranek, jak poranek. Jest wcześnie, jest jasno, jest kawa. Tak mam pewność, że to poranek.

Za oknem wręcz tropiki, czekam na jakiś monsunowy deszczyk, a w duszy gra... Myslovitz:)

czwartek, 18 czerwca 2009

takie rzeczy tylko...

pozbycie się stresu nabytego drogą bezpośrednią w pracy - czekolada 3zł, manicure 25zł, wizyta na dziale literatura w empiku 88,60 zł

usłyszenie opinii(na forum publicznym;p) od "znanej persony", że kanapki zrobione przez ciebie są wypasione i takie jak u Mamy... bezcenne

hahaha:)

wyznania zakupoholiczki

Kiedyś byłam zakupoholiczką, dzisiaj jestem z siebie dumna. Ostatnio w sklepie znalazłam sobie dwie pary butów. Modne, śliczne i przecenione... Już miałam sfinalizować transakcję, kiedy pojawiło się pytanie: "Ale po co...?"

No właśnie?

Ze sklepu wyszłam bez zakupów:)

w pełni kobiecości:)

W międzyczasie maratonu robót w moim obozie pracy zapoznałam się z Terminatorem w odsłonie czwartej i muszę przyznać, że doceniam efekty specjalne, jak również "walory estetyczne" tego filmu.
Wstydzić się swojej opinii nie mam zamiaru, od czasu do czasu każda dziewczyna zasługuje na babski wieczór z gorącą czekoladą w kubku i mordobiciem na ekranie:)

Gdy zmęczenie sięga zenitu...

Są takie dni w życiu człowieka kiedy jest po prostu zmęczony. Mi się to rzadko zdarza, a jeszcze rzadziej się do tego przyznaję. Ale w ciągu ostatniego tygodnia ilość pracy była proporcjonalna do ilości zjedzonych orzeszków, a to już patologia. I tak egzystencja trwa od posiłku do posiłku:)

wtorek, 16 czerwca 2009

Szczypta przemyśleń w czasie samochodowych godzin szczytu

Tak to jest, że w czasie korków, kiedy siedzimy w samochodzie można zrobić wiele rzeczy. W końcu jesteśmy zamknięci w metalowej puszce i tak w sumie nie ma wyjścia, trzeba czekać.

Ja najczęściej nadrabiam zaległości telefoniczne, jem, śpiewam, tańczę, są też takie chwile w życiu człowieka, kiedy po prostu myśli. I mnie również takie chwile się zdarzają (szokujące, prawda?).
Są to wtedy myśli w najczystszej postaci, wręcz metafizycznej:) może w takiej sytuacji dojść do epokowych odkryć dla świata. Myślę, że gdyby w XIXw. były korki to wszystkie wynalazki powstałyby w umysłach konstruktorów właśnie w czasie porannego szczytu komunikacyjnego. Kto wie, może przyspieszyłoby to rozwój techniczny o jakieś 50 lat? (szokujące, prawda?)

Jeśli ja odkryję kiedykolwiek coś istotnego z pewnością nie omieszkam się tym podzielić ze światem.

Póki co jest prozaicznie. Doszłam do wniosku, że wspinaczka jest sportem ekstremalnym... Szokujące, prawda? Też byłam zaskoczona.
Ponadto utwierdziłam się w przekonaniu, że większość normalnych wydawałoby się ludzi to za kierownicą banda kryminalistów, pod przykrywką dobrych aut, ale to chyba też nic odkrywczego...

poniedziałek, 15 czerwca 2009

Złote myśli vol.3

Nie mogę myśleć jak doskwiera mi głód, taaa, dlatego właśnie zawsze mam przy sobie coś do jedzenia, wtedy umysł otwarty, bardziej lotny jest, poczucie humoru wyrafinowane, a i refleks jakiś taki lepszy, chyba, że akurat ręce mam zajęte... paczką czipsów:)

samotna kobieta

W dzisiejszych czasach samotna kobieta musi sobie radzić...
jak?
sama:)

telegram, telegraf, telewizor, teletubiś ???

randka się udała stop jeśli kandydat nie ma serca zajęczego stop i za bardzo się nie przestraszył stop bom ja straszna baba stop ma szansę na kolejną stop

piątek, 12 czerwca 2009

Żeby nie było wątpliwości...

Oto moja lista cech, którymi ewentualny kandydat powinien się wykazywać:

1. musi być wolny (chociaż umawianie się z zajętym facetem jest kuszące- pranie, sprzątanie, prasowanie i gotowanie, czyli de facto czarną robotę odwala za mnie inna kobieta, a ja chodzę na randki, to po dogłębnym przeanalizowaniu sytuacji potwierdzam MUSI BYĆ WOLNY)
2. powinien móc wypić więcej ode mnie (w końcu nie mogę eskortować do domu po imprezie faceta;p)
3. powinien znać się na samochodach lepiej niż ja... (po ostatniej przygodzie z poszukiwaniem chłodnicy na parkingu w Henrykowie tylko utwierdziłam się w tym przekonaniu)
4. zarabiać więcej niż ja (to chyba nie podlega dyskusjom)
5. drapać mnie po plecach, kiedy tylko będę tego chciała:)
C.D.N. :):):)

randka

Taaa jest, Panie Kapitanie, meduję posłusznie, że mam randkę.

Odnotowałam postęp, w porównaniu do moich wcześniejszych "doświadczeń", bo kandydat po pierwsze ma pracę (to jest pewne, poznałam delikwenta jak w tej pracy był), po drugie nie ma dziewczyny (to jest nie do końca pewne, ale natenczas nie mam powodów, żeby chłopakowi nie wierzyć na słowo), po trzecie nie jest to randka w ciemno przebiegle nagrana przez znajomych, po czwarte (i tu pozostaje mi mieć nadzieję:)) nie ma dziecka, bo nic o takowym nie wspominał, a to raczej istotny element z życia dlatego zakładam, że trzeba o czymś takim wspomnieć...

Już na bieżąco, tj. jutro, sprawdzę jak się kandydat zachowuje odnośnie mojej listy cech faceta... i czy będę chciała przymknąć oko na ewentualne niespójności z ową listą.

Do czego to dochodzi? Czy to paranoja z mojej strony czy może zbyt dobitne doświadczenia życiowe?

środa, 10 czerwca 2009

ewolucja

wiele się zmieniło, od wczoraj stałam się fanką Terminatora. Jest to dziwne, nawet nie wiem jak się do tego ludziom przyznawać...

złote myśli...

Tym razem mojej najlepszej przyjaciółki:
"Nie mogę znaleźć mężczyzny mojego życia. Do tej pory szukałam na siłowni i na seks czacie... może to dlatego..."

Nic dodać, nic ująć.

Ja jeszcze nie szukałam na seks czacie... może dlatego...;p

wtorek, 9 czerwca 2009

Od poniedziałku

Jaki poniedziałek taki podobno cały tydzień. No to ładnie mi się zapowiada...

Przez 36h pierwszych godzin tego tygodnia 24h jestem w pracy, udało mi się zaspać (wstałam w południe), przypalić żelazkiem koszulę, pojechać pod prąd (ale tylko kawałek), oraz tadadada! zrobić z siebie w spektakularny sposób idiotkę i to kilka razy, a wszystko dla dobra mojego miejsca pracy... i co? Nico! jeszcze mi się oberwało, tradycyjnie, jako żem czarna owca! Dobrze, że mężczyźni wolą brunetki. Bo inaczej normalnie bym płakała rzewnymi łzami;p

to będzie ciekawy tydzień

A jednak behawioryzm...

Pawłow i spółka mieli rację!

Wyuczyłam moich współpracowników, że za różnego rodzaju przysługi pobieram haracz. Tym sposobem, pobieram niczym Mały John z Robin Hooda, myto w postaci słodyczy wszelkiej maści:)

A ponieważ zgodnie ze wszystkimi zasadami byłam konsekwentna teraz to już zainteresowanym przychodzi naturalnie!

Mam talent...

Bo to niby każdy potrafi perfekcyjnie zrobić z siebie idiotkę w 3 minuty?! Ja potrafię i to nawet 3 razy:)

niedziela, 7 czerwca 2009

Ale za to niedziela, ale za to...

I co? miałam po szalonej imprezie wypoczywać. Akurat. Nie ze mną te numery, Bruner. Wieczorem telefon otrzymałam i dyspozycję dostałam, żeby do Cioci mojej szanownej zadzwonić, godzina została wyznaczona niebagatelna... 8 i to w dodatku rano.

Jak już telefon wykonałam to chcąc nie chcąc trza było zaplanować co zrobić z tak pięknie dniem rozpoczętym, a długi to on jest...

Tym sposobem na jogging się wybrałam, potem w kolejności spełniłam mój katolicki i obywatelski obowiązek.

Co do mojego obowiązku obywatelskiego to zachowuję strategiczne milczenie i nabrałam wody w usta, bo bez względu na to do kogo poparcia się przyznam narobię sobie w rodzinie wrogów.
Cicho szaaa.

Z ogłoszeń lokalnych, w rodzinie wszyscy zdrowi, aczkolwiek mnie dalej męczą przeziębienia i takie tam przeziębieniowe stany, chrypka seksowna występuje nieustannie od dni kilku i nie przechodzi w etap "zapitej 60-tki". Są powody do radości:)

sobota, 6 czerwca 2009

Przy sobocie, po robocie... (???)

W tym tygodniu, z okazji "matki boskiej pieniężnej", miałam okazję odśpiewać pieśń bardzo miłą dla ucha:

"Jezu jak się cieszę z tych króciutkich wskrzeszeń, gdy pełniutką kieszeń znowu mam..." itd.

To miłe, ale jak zwykle euforia trwa jakieś dwa dni, a potem wszystko wraca do normy.

I właśnie, z okazji tego powrotu do normy, dzisiaj po robocie czeka mnie wieczór sponsorowany przez mohito, a gdzie JA tam impreza, więc zapowiada się doskonała zabawa:)

Osiąganie nieosiągalnego, czyli zdobyć Everest

Dlaczego zawsze chcemy tego, czego mieć nie możemy...

Złote myśli

Ludzie bogaci nie są głupi, co to to nie, oni są po prostu ekscentryczni:)

piątek, 5 czerwca 2009

uwagi życzliwych

Dziś usłyszałam, że nie ma nic bardziej odstraszającego facetów, jak kobieta, która mówi, że szuka męża...

Nie ma nic bardziej odstraszającego jak jęczący, narzekający faceci, a jak się okazuje większość z nich wcześniej czy później wykazuje takie cechy...
Dlatego ku pamięci, Panowie: "Nie jęcz, to nie jest seksowne"*


*"Grindhouse: Death Proof"

życiowa decyzja...

Postanowiłam się zakochać:) Trzeba podejść do tego racjonalnie, takie zakochanie to w sumie bardzo fajna sprawa. I jak tam myślałam o zakochaniu, to zaraz kontemplacje skierowały się w stronę "Jak się odkochać?" (tak na wszelki wypadek)... A oto wnioski do jakich doszłam.

Laleczki voodoo wcale nie działają, wróżki są przereklamowane, broń palna droga i trudno dostępna, a egzorcysta... twierdzi, że to nie jego działka!

Podsumowując, okazuje się, że wcale nie tak łatwo się zakochać, ale odkochać się jest jeszcze trudniej...

czwartek, 4 czerwca 2009

leczenie

Dzisiaj kuruję duszę i ciało. Byłoby prościej gdyby ból w zatokach nie rozsadzał mi głowy, ale co tam...

... w podróży

Ostatnio zostałam określona jako "... w podróży". Jest to oczywiście nawiązanie do "Śniadania u Tiffany'ego". Ja to uzupełniłam tak:
"W podróży nieustającej, mentalnej, fizycznej i momentami metafizycznej nawet, z aparatem fotograficznym na szyi często, z Aniołem Stróżem na ramieniu zawsze"

wakacje

Pojechałam na wakacje, bo byłam zmęczona. Jestem zmęczona, bo byłam na wakacjach...

A moje wakacje to były...:) Nic dodać, nic ująć. Wybrałam się do niezbyt odległego kurortu, w którym bywają wszyscy rodacy (czyt. byłam w Egipcie). Poleciałam z koleżanką, równie spontaniczną w swoim postępowaniu, co autorka tych wypocin. Tak więc, wiele nie gadając w poniedziałek wpadłyśmy na pomysł wakacji, we wtorek kupiłyśmy wyjazd, natomiast w środę byłyśmy już w samolocie, który przez przypadek przejęłyśmy nie używając siły, a jedynie uroku osobistego. Na czas urlopu miałam jedynie dwa postanowienia - utrzymywać stały poziom alkoholu we krwi, oraz równomiernie się opalać:) Oba bez większych problemów spełniłam zajmując nad basenem hotelowym strategiczną pozycję między barem i restauracją:)



Poza tym (tu mała, aczkolwiek bardzo istotna dygresja), aby wytrzymać w egzotycznym klimacie i zupełnie abstrakcyjnej kulturze odpowiednia ilość alkoholu w organizmie była konieczna dla zachowania zdrowia psychicznego (przyp. autora).

Tak z mniejszymi lub większymi przygodami przeżyłyśmy cudnych 7 dni, w ciągu których kilka razy przehandlowałam koleżankę za kilkadziesiąt wielbłądów, a siebie za m.in. ferrari.

Powrót mój ogłosiłam prostą i wielce czytelną informacją wysłaną do znajomych:

"Pani wróciła na włości"

Okazało się, że wiele osób się stęskniło... urocze:)

Ksywy,ksywki i przezwiska

Cóż...
Większość moich znajomych mówi do mnie "po nazwisku", na co się nie oburzam, jestem pogodzona z zaistniałą sytuacją i do niej przyzwyczajona.
Jednak zdarzają się uparte bestie, chłopięta, ale dziewczęta nie zostają w tyle w tej kwestii, które co jakiś czas wymyślają jakieś rewolucyjne określenie. A zatem byłam Jagusią, wiedźmą (tu duży udział ma moja rodzina), chomiczkiem, małą, raz zostałam nawet określona "dykcją wszechmogącą"...
Ostatnimi czasy bywam Anusiakiem, Anuśką, kreskówką szaloną, niunią i... decybelem(tu ukłon z powodu trafnego określenia!)
Jak tak czasami tego słucham, to wolę już po nazwisku:)!

Dialog miesiąca

K: Dlaczego się we mnie nie zakochałaś?!
A: No wiesz, jakby to powiedzieć, nie można się w kimś tak po prostu zakochać, kiedy zna się go 2 miesiące...
K: Ale dlaczego się we mnie jeszcze nie zakochałaś? Ja od dwóch miesięcy udaję SAMCA ALFA, a ty nic...


:)

Pokrótce o miejscu pracy czyli...

miejscu, w którym spędzamy większość życia, a może nawet układamy sobie życie...:)

Moje miejsce pracy to absolutne szaleństwo, pracujemy ciągle, wygłupiamy się nieustannie, molestujemy siebie nawzajem nagannie i wyrabiamy godziny ponad normę każdego dnia i miesiąca. Podsumowując - obóz pracy, więc nic dziwnego, że zostaje nam tylko poczucie humoru. Śmiech przez łzy niczym w IIIcz. Dziadów!

Z plotek zakładowych -
Ja obecnie mam potajemny romans w pracy. Nawet ostatnio zapytałam moich współpracowników: "Czy wiecie jak ciężko jest utrzymać w tajemnicy romans w pracy?"
I sama sobie odpowiedziałam:"Bardzo, szczególnie, że wszyscy o tym wiedzą!"
Bo tak się składa, że faktycznie mój romans, nie dość, że potajemny, do tego oplotkowany,to na dodatek jeszcze fikcyjny jest... I bądź tu mądry, człowieku, noś kalosze:)

Bezsenność we Wrocławiu

Pośrednio ze względu na moją pracę, bezpośrednio z braku czasu bardzo mało sypiam ostatnimi czasy. Właściwie to prawie wcale nie śpię i zastanawiam się kiedy nastąpi przesilenie i upadnę na moją śliczną buźkę. Pomartwię się o to jutro, albo pojutrze...
W pracy tradycyjnie, czyli lepiej nie mówić, ale są też pozytywne aspekty, które trzymają mnie przy życiu, a raczej w miejscu pracy:) Mowa o moich wspaniałych koleżankach i kolegach, dzięki którym nawet podsumowując nawet najgorszy dzień mogę się uśmiechnąć!
A tak w ogóle to leczę się muzyką najlepszego zespołu na świecie (absolutnie subiektywna jest to opinia, największej na świecie fanki Myslovitza-o tym jeszcze później) po tym zapłakanym dniu.

środa, 3 czerwca 2009

zaległości

Mam czasami takie dni, w które namiętnie nadrabiam zaległości. Przez mój styl pracy plus styl ogólnie pojętego życia, tych zaległości zbiera mi się niemało. Dlatego jeśli już zdecyduję się je nadrobić to mam całą panoramę zadań od wizyty w banku, urzędzie, poprzez sprzątanie, naprawę samochodu, aż po kupno nowych majtek. Takie są koszty zbyt długiego siedzenia w pracy
i moich szalonych pomysłów (które przychodzą mi do głowy zbyt często), na które czasu mało nie tracę, a wręcz angażują mnie nadmiernie.
Od poniedziałku zatem nadrabiam zaległości, a ponieważ sprawę potraktowałam bardzo kompleksowo, udało mi się wczoraj w końcu obejrzeć "Edwarda Nożycorękiego". Nic dodać, nic ująć! Film należy do absolutnie świetnych i myślę, że więcej komentarzy nie trzeba.

Trudne początki...

Początki czegoś nowego zawsze są trudne, ale mam nadzieję, że z czasem będzie po prostu lepiej. Od wielu lat prowadzę mój osobisty dziennik, w którym spisuję różne przemyślenia i od jakiegoś czasu myślałam o blogu. Zobaczymy co z tego będzie:) No to zaczynamy. Pozwolę sobie zacytować kogoś dla mnie ważnego: "Alleluja i do przodu!". Niech to będzie myśl przewodnia dla mnie.