Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sport. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sport. Pokaż wszystkie posty
środa, 29 października 2014
Bieganie zimą, czyli co powinna wiedzieć biegaczka o zimowej aurze?
Ponieważ ostatnio z różnych źródeł spotykam się z pytaniami o treści mniej więcej:
"Biegasz jak jest tak zimno? jak ty to robisz?"
Postanowiłam zrobić małe podsumowanie i przy okazji taki mały niezbędnik dla każdego zainteresowanego. Tak. Biegam cały rok. Od dwóch sezonów (może to jeszcze nie za długo, ale już sporo doświadczeń mam:)). Wcześniej, gdy tylko robiło się za oknem mniej niż 10 stopni kierowałam moje szanowne jestestwo na basen, ale 2 lata temu stwierdziłam - czemu nie spróbować? Przecież teraz ta cała odzież sportowa tak świetnie się sprawdza (w warunkach narciarskich miałam to przetestowane) to czemu nie wykorzystać tej siły dla dobra ludzkości:)? [a raczej mojego szanownego człowieczeństwa - przyp. autorki].
Teraz gdy zaczynam już kolejny, zimowy sezon, jestem bez obaw, na luzie. Znając swoje ciało, mając naprawdę świetną odporność (tak, tak, z całym przekonaniem twierdzę, że moja wyjątkowa odporność na wszelkie przeziębienia jest spowodowana uprawianiem sportu "na zewnątrz" przez cały rok), zaopatrzona w nowe buty, które być może sprawdzą się, jak chodniki zrobią się śliskie z całą odpowiedzialnością mówię, że jestem gotowa na sezon jesień-zima i wcale się go nie boję.
Zalety biegania zimą? Odporność, wytrzymałość i jeszcze... odporność.
Serio - zarówno psychiczna jak i fizyczna. Trochę może na granicy masochizmu jest wstać o 5 rano, kiedy za oknem ciemna noc, a temperatura pozostaje sporo do życzenia, ale z drugiej strony jest moc - pełna mobilizacja organizmu żeby to przetrwać, szybka pobudka na mroźnym powietrzu i radość po powrocie do ciepłego, przyjaznego domu. Nie do opisania. Ale do przeżycia.
Niezbędnik biegaczki to według mnie:
- dobra bluza plus kamizelka na biegi w temperaturze poniżej zera (wybieram ubieranie się na cebulkę - bluzę windstopper do biegania z Tchibo i w zależności od temperatury - pod nią ubieram koszulkę, na nią kamizelkę lub drugą bluzę dresową albo i kamizelkę i bluzę - to już przy temperaturach sporo poniżej zera),
- czapka lub opaska (ja korzystam z lekkiej czapki, a jak jest zimno nakładam na nią opaskę),
- rękawiczki - mam dwie pary - cienkie na takie temperatury jakie są teraz za oknami i trochę "mocniejsze" na temperatury poniżej zera, obie pary to trafiony zakup z Decathlonu,
- komin na bardzo mroźne dni (dzięki temu można uniknąć zapalenia gardła, szczególnie jak robisz interwały i dostajesz nieźle w kość, że chce Ci się krzyczeć ze zmęczenia),
- specjalne, ciepłe spodnie do biegania zimą, żeby uniknąć przeziębienia pęcherza (biegam w takich z Decathlonu i myślę, że są ok),
- wysokie skarpety, podkolanówki sportowe (mam takie uciskowe z Salomona, do biegania i bardzo fajnie się sprawdziły zeszłej zimy (nie są specjalnie na zimę, ale to, że są wysokie to bardzo dobry patent), jest to opcja dodatkowa, bo 2 lata temu było zimniej, biegałam w zwykłych skarpetkach i nie było problemu:)
- obowiązkowo przy sobie chusteczki higieniczne (jak się skupić na treningu gdy cieknie z nosa:)?) i pomadka ochronna - podczas nawet 30 minut biegu podziękujesz mi za tę poradę :) i obowiązkowo przed wyjściem z domu smaruję twarz kremem zimowym - najlepiej takim dla dzieci, bo fajnie się wchłania i dobrze chroni twarz przed mrozem nawet jak już się spocimy,
- opcjonalnie buty do biegania zimą ( w poprzednich latach biegałam w takich samych przez cały rok, w tym roku mam specjalne zimowe buty do testów i zobaczymy czy jest różnica:))
to chyba tyle, ale najważniejsze to podjąć decyzję i po prostu biegać :) Nie przejmujcie się chłodem - na początku zawsze powinno być chłodno, ale przecież podczas treningu rozgrzewamy organizm a jeśli macie jeszcze jakieś pytania - toż to temat bardzo obszerny jest - postaram się służyć radą i doświadczeniem!
poniedziałek, 18 sierpnia 2014
Po urlopie! w końcu wróciłam:)
czwartek, 24 lipca 2014
Tak, jestem też człowiekiem!
Wczoraj popołudniu, kiedy byliśmy na zakupach opowiedziałam mojemu Mężowi o tym jak bardzo byłam zmęczona w pracy. Ale tak bardzo, bardzo. Tak bardzo, że właściwie zasnęłam przy biurku. Reakcja była niespodziewana:
"Cudownie! Kochanie, to znaczy, że Ty jednak jesteś człowiekiem, kobietą a nie tylko triathlonistką"
No cóż... takiej reakcji się nie spodziewałam. Wygląda na to, że pokazanie słabości nie jest takie złe. A może nawet czasami normalne? Daleka jestem od użalania się nad sobą, co to, to nie!
Po prostu te 3,5h wysiłku triathlonowego plus stres, plus całe moje życie dookoła sportu (bo przecież istnieje i jest całkiem bogate:)) - praca, kupno nowego mieszkania, planowanie remontu. To wszystko mnie bardzo zmęczyło i organizm woła o chwilę przerwy.
Ale z drugiej strony pojawiają się wyrzuty sumienia... może jednak powinnam iść pobiegać/na basen/na rower/na aerobik?
Jest tyle pomysłów! Szkoda czasu na sen, szkoda czasu na odpoczynek!
A może to właśnie jest mój błąd? Wróciłam z triathlonu w niedzielę wieczorem, pojechaliśmy jeszcze do Rodziców pochwalić się medalem, potem od poniedziałku praca, lekkie treningi. W czwartek tego samego tygodnia poleciałam na delegację do Warszawy, 2 intensywne dni pracy i nauki.

Warszawskie wielkomiejskie widoki
W piątek wieczorem powrót do Wrocławia. Sobota - trening i spotkania rodzinne. Następny tydzień równie intensywny, dodałam do tego codzienne treningi. W środę w zeszłym tygodniu płakałam ze zmęczenia i bezsilności. Chyba przesadziłam.
Postanowiłam trochę się wyciszyć, poczytać, uspokoić się. Od pewnej cudownej osoby, która spadła mi z nieba w tym momencie dostałam "Planetę dobrych myśli" Beaty Pawlikowskiej i był to strzał w 10!
Dalej mam codziennie zaplanowany jakiś trening, ale chyba przystopuję na najbliższe dni. Mój organizm woła o spokój.
Beata w jednej z książek napisała, że kiedy przestała się spieszyć zyskała więcej czasu. Mój kalendarz pęka w szwach od terminów, spotkań zawodowych, zobowiązań towarzyskich, treningów i wydarzeń kulturalnych. A gdzie podział się czas dla mnie? Gdzie chwile, które spędzamy wspólnie z Mężem bez planowania kolejnych dni? Co z moim tu i teraz?

Lotnisko Szymanów z lotu balonu... w niedzielę popołudniu był mały trening:)
Pora obniżyć poziom adrenaliny we krwi, szczególnie, że sierpień zapowiada się bardzo intensywnie - będzie roadtrip po Polsce - prawie dwutygodniowy, Balonowe Mistrzostwa Polski, wyjazd w góry, nad jezioro, być może jakiś półmaraton i zawody balonowe we Włocławku (chciałabym pojechać). Plus wybieranie kafli, farb, mebli i sprzętów kuchennych do nowego mieszkania. Dużo, Dużo.
Nie mogę się doczekać :)
Dlatego dzisiaj basta! odpoczywam:) szczególnie, że czeka mnie intensywny weekend - mój Mąż bierze udział w triathlonie w Poznaniu i jadę mu kibicować - no kto będzie bardziej znerwicowany? przecież jestem kłębkiem nerwów! Nawet gotowanie mu makaronów i szykowanie kanapek z dżemem nie pomaga:)

A Poznań jest dla nas takim "miastem sentymentalnym" ponieważ tam się zaręczyliśmy, więc po zawodach będziemy mieli trochę czasu i w planach jest dobra kolacja oraz dużo pozytywnych wspomnień:)
Życzę Wam udanego weekendu - spokojnego lub aktywnego - takiego jakiego aktualnie potrzebujecie! Ja pojawię się już w nowym tygodniu tymczasem zabieram się za odpoczywanie - deszczowa, romantyczna pogoda we Wrocławiu bardzo temu sprzyja.
"Cudownie! Kochanie, to znaczy, że Ty jednak jesteś człowiekiem, kobietą a nie tylko triathlonistką"
No cóż... takiej reakcji się nie spodziewałam. Wygląda na to, że pokazanie słabości nie jest takie złe. A może nawet czasami normalne? Daleka jestem od użalania się nad sobą, co to, to nie!
Po prostu te 3,5h wysiłku triathlonowego plus stres, plus całe moje życie dookoła sportu (bo przecież istnieje i jest całkiem bogate:)) - praca, kupno nowego mieszkania, planowanie remontu. To wszystko mnie bardzo zmęczyło i organizm woła o chwilę przerwy.
Ale z drugiej strony pojawiają się wyrzuty sumienia... może jednak powinnam iść pobiegać/na basen/na rower/na aerobik?
Jest tyle pomysłów! Szkoda czasu na sen, szkoda czasu na odpoczynek!
A może to właśnie jest mój błąd? Wróciłam z triathlonu w niedzielę wieczorem, pojechaliśmy jeszcze do Rodziców pochwalić się medalem, potem od poniedziałku praca, lekkie treningi. W czwartek tego samego tygodnia poleciałam na delegację do Warszawy, 2 intensywne dni pracy i nauki.

Warszawskie wielkomiejskie widoki
W piątek wieczorem powrót do Wrocławia. Sobota - trening i spotkania rodzinne. Następny tydzień równie intensywny, dodałam do tego codzienne treningi. W środę w zeszłym tygodniu płakałam ze zmęczenia i bezsilności. Chyba przesadziłam.
Postanowiłam trochę się wyciszyć, poczytać, uspokoić się. Od pewnej cudownej osoby, która spadła mi z nieba w tym momencie dostałam "Planetę dobrych myśli" Beaty Pawlikowskiej i był to strzał w 10!
Dalej mam codziennie zaplanowany jakiś trening, ale chyba przystopuję na najbliższe dni. Mój organizm woła o spokój.
Beata w jednej z książek napisała, że kiedy przestała się spieszyć zyskała więcej czasu. Mój kalendarz pęka w szwach od terminów, spotkań zawodowych, zobowiązań towarzyskich, treningów i wydarzeń kulturalnych. A gdzie podział się czas dla mnie? Gdzie chwile, które spędzamy wspólnie z Mężem bez planowania kolejnych dni? Co z moim tu i teraz?

Lotnisko Szymanów z lotu balonu... w niedzielę popołudniu był mały trening:)
Pora obniżyć poziom adrenaliny we krwi, szczególnie, że sierpień zapowiada się bardzo intensywnie - będzie roadtrip po Polsce - prawie dwutygodniowy, Balonowe Mistrzostwa Polski, wyjazd w góry, nad jezioro, być może jakiś półmaraton i zawody balonowe we Włocławku (chciałabym pojechać). Plus wybieranie kafli, farb, mebli i sprzętów kuchennych do nowego mieszkania. Dużo, Dużo.
Nie mogę się doczekać :)
Dlatego dzisiaj basta! odpoczywam:) szczególnie, że czeka mnie intensywny weekend - mój Mąż bierze udział w triathlonie w Poznaniu i jadę mu kibicować - no kto będzie bardziej znerwicowany? przecież jestem kłębkiem nerwów! Nawet gotowanie mu makaronów i szykowanie kanapek z dżemem nie pomaga:)

A Poznań jest dla nas takim "miastem sentymentalnym" ponieważ tam się zaręczyliśmy, więc po zawodach będziemy mieli trochę czasu i w planach jest dobra kolacja oraz dużo pozytywnych wspomnień:)
Życzę Wam udanego weekendu - spokojnego lub aktywnego - takiego jakiego aktualnie potrzebujecie! Ja pojawię się już w nowym tygodniu tymczasem zabieram się za odpoczywanie - deszczowa, romantyczna pogoda we Wrocławiu bardzo temu sprzyja.
poniedziałek, 7 lipca 2014
Pokonałam samą siebie - czyli relacja po Triathlon Szczecin (foto:))
Udało się.
Nie powiem było ekstremalnie. I ciężko. I ekstremalnie ciężko. Przede wszystkim wczoraj w Szczecinie było ponad 30stopni i właściwie pełne nasłonecznienie. To dało się odczuć.
Ale nie o tym. Powiem tyle - pokonałam siebie i dałam z siebie wszystko. Ukończyłam triathlon na 338 pozycji z wynikiem 3h 38 min. Jestem z siebie dumna, szczególnie, że po pływaniu (co było moją najmocniejszą dyscypliną!) totalnie się załamałam - przepłynęłam w 29min - a obstawiałam 23 - i zupełnie podcięło mi to skrzydła. Gdyby nie mój Mąż, który dzielnie mi kibicował i krzyczał, że mam się nie poddać, chyba wróciłabym do domu na tarczy. Ale skumulowałam energię, wzięłam się w garść i wsiadłam na rower. Tu odetchnęłam i nabrałam wiatru w żagle - na bardzo trudnej trasie (której się zupełnie nie spodziewałam, było kilka przewyższeń plus jazda miejska po torach i kostce brukowej) zrobiłam czas 1h 54 min na 45 km i jestem z siebie dumna. Na bieganiu byłam już na totalnym luzie, wiedziałam, że muszę biec na 90% moich możliwości - upał plus zmęczenie po poprzednich dyscyplinach mogły w każdej chwili spowodować, że nie ukończę zawodów - kilka osób na trasie po prostu zemdlało z wycieńczenia, więc obserwując takie obrazki wolałam nie ryzykować. Szczególnie, że satysfakcja na mecie - niesamowita. Jestem z siebie dumna:)
Muszę też oficjalnie podziękować trenerowi Darkowi z MaxProgress (to właśnie dzięki jego wiedzy i rozsądkowi byłam dobrze przygotowana i nie zrobiłam sobie krzywdy:)), Andrzejowi M. za świetne opony do roweru, które mi podarował i Babci Kazi za dostawy dżemu domowej roboty, żebym miała dużo dobrej energii:)
Oczywiście największe podziękowania należą się mojemu Mężowi za spokój, rozwagę, cierpliwość i wielkie wsparcie. Ale to już powtarzam mu nieustająco i będę powtarzała do końca życia :)
to zdjęcie umieszczam, żeby pokazać coś co zobaczyłam dopiero na zdjęciach - jestem strasznie mała w porównaniu do innych triathlonistów - toż to przy takich gabarytach to nie mam wielu szans (a i tak w mojej kategorii byłam 8!)




kocioł przed pływaniem oraz ja rowerowo - miny niezbyt ciekawe, przerażenie w oczach etc. :)


już za chwilę meta - po tylu godzinach męczarni:)!

ostatnia prosta i meta!!!
Podsumowując - dużo radości, satysfakcji, ale i bólu i wyzwań.
Jeśli ktoś mi kiedyś powie, że triathlon nie jest wyzwaniem wiem, że mam do czynienia z osobą, która nie brała w nim udziału. Połączenie tych trzech dyscyplin w ciągu kilku godzin jest mega wymagające - fizycznie i psychicznie.
Póki co cieszę się z mojego osobistego sukcesu, odpoczywam i myślę, że już więcej tego nie zrobię :)
A Wam życzę wspaniałych wyzwań w tym tygodniu i udanego poniedziałku:)!
Nie powiem było ekstremalnie. I ciężko. I ekstremalnie ciężko. Przede wszystkim wczoraj w Szczecinie było ponad 30stopni i właściwie pełne nasłonecznienie. To dało się odczuć.
Ale nie o tym. Powiem tyle - pokonałam siebie i dałam z siebie wszystko. Ukończyłam triathlon na 338 pozycji z wynikiem 3h 38 min. Jestem z siebie dumna, szczególnie, że po pływaniu (co było moją najmocniejszą dyscypliną!) totalnie się załamałam - przepłynęłam w 29min - a obstawiałam 23 - i zupełnie podcięło mi to skrzydła. Gdyby nie mój Mąż, który dzielnie mi kibicował i krzyczał, że mam się nie poddać, chyba wróciłabym do domu na tarczy. Ale skumulowałam energię, wzięłam się w garść i wsiadłam na rower. Tu odetchnęłam i nabrałam wiatru w żagle - na bardzo trudnej trasie (której się zupełnie nie spodziewałam, było kilka przewyższeń plus jazda miejska po torach i kostce brukowej) zrobiłam czas 1h 54 min na 45 km i jestem z siebie dumna. Na bieganiu byłam już na totalnym luzie, wiedziałam, że muszę biec na 90% moich możliwości - upał plus zmęczenie po poprzednich dyscyplinach mogły w każdej chwili spowodować, że nie ukończę zawodów - kilka osób na trasie po prostu zemdlało z wycieńczenia, więc obserwując takie obrazki wolałam nie ryzykować. Szczególnie, że satysfakcja na mecie - niesamowita. Jestem z siebie dumna:)
Muszę też oficjalnie podziękować trenerowi Darkowi z MaxProgress (to właśnie dzięki jego wiedzy i rozsądkowi byłam dobrze przygotowana i nie zrobiłam sobie krzywdy:)), Andrzejowi M. za świetne opony do roweru, które mi podarował i Babci Kazi za dostawy dżemu domowej roboty, żebym miała dużo dobrej energii:)
Oczywiście największe podziękowania należą się mojemu Mężowi za spokój, rozwagę, cierpliwość i wielkie wsparcie. Ale to już powtarzam mu nieustająco i będę powtarzała do końca życia :)
to zdjęcie umieszczam, żeby pokazać coś co zobaczyłam dopiero na zdjęciach - jestem strasznie mała w porównaniu do innych triathlonistów - toż to przy takich gabarytach to nie mam wielu szans (a i tak w mojej kategorii byłam 8!)
kocioł przed pływaniem oraz ja rowerowo - miny niezbyt ciekawe, przerażenie w oczach etc. :)
już za chwilę meta - po tylu godzinach męczarni:)!
ostatnia prosta i meta!!!
Podsumowując - dużo radości, satysfakcji, ale i bólu i wyzwań.
Jeśli ktoś mi kiedyś powie, że triathlon nie jest wyzwaniem wiem, że mam do czynienia z osobą, która nie brała w nim udziału. Połączenie tych trzech dyscyplin w ciągu kilku godzin jest mega wymagające - fizycznie i psychicznie.
Póki co cieszę się z mojego osobistego sukcesu, odpoczywam i myślę, że już więcej tego nie zrobię :)
A Wam życzę wspaniałych wyzwań w tym tygodniu i udanego poniedziałku:)!
sobota, 5 lipca 2014
24h przed Triathlon Szczecin!
Ładowanie trwa:)
Zbieram siły, kumuluję energię i próbuję oddalić od siebie stres - nie jest to łatwe, ale prawda jest taka, że już bardzo zmęczyły mnie ponad półroczne przygotowania i marzę, żeby mieć to za sobą. Spakowana (sprzęt sportowy, cała torba suplementów i druga torba z jedzeniem już czekają w kącie:)). Chcę siebie sprawdzić, chcę udowodnić SOBIE, że mogę pokonywać własne słabości. Wiem, że mi się uda. Musi. Nie stawiam sobie założeń czasowych, chcę zmieścić się w limitach:)
Udowadniam też sobie, każdego dnia różne rzeczy. Przełamuję własne słabości.
Po raz pierwszy postanowiłam publicznie pokazać kawałek mojej sylwetki :). Trochę więcej niż zwykle. Wiem, wiem - to banał, ale dla mnie to krok naprzód. Żeby zaakceptować siebie odrobinę bardziej...
tak, tak - to mój podładowany węglowodanami brzuch na 24h przed triathlonem:)
Zatem za chwilę ruszamy na Szczecin - uprzejmie proszę o trzymanie kciuków i wysyłanie pozytywnej energii... teraz tylko spokój może mnie uratować:)
Zbieram siły, kumuluję energię i próbuję oddalić od siebie stres - nie jest to łatwe, ale prawda jest taka, że już bardzo zmęczyły mnie ponad półroczne przygotowania i marzę, żeby mieć to za sobą. Spakowana (sprzęt sportowy, cała torba suplementów i druga torba z jedzeniem już czekają w kącie:)). Chcę siebie sprawdzić, chcę udowodnić SOBIE, że mogę pokonywać własne słabości. Wiem, że mi się uda. Musi. Nie stawiam sobie założeń czasowych, chcę zmieścić się w limitach:)
Udowadniam też sobie, każdego dnia różne rzeczy. Przełamuję własne słabości.
Po raz pierwszy postanowiłam publicznie pokazać kawałek mojej sylwetki :). Trochę więcej niż zwykle. Wiem, wiem - to banał, ale dla mnie to krok naprzód. Żeby zaakceptować siebie odrobinę bardziej...
tak, tak - to mój podładowany węglowodanami brzuch na 24h przed triathlonem:)
Zatem za chwilę ruszamy na Szczecin - uprzejmie proszę o trzymanie kciuków i wysyłanie pozytywnej energii... teraz tylko spokój może mnie uratować:)
środa, 2 lipca 2014
3 dni do dnia próby, czyli moje wyzwanie w diecie przed startem w triathlonie
Ostatnio rozmawiałam o mojej diecie przed startem z koleżankami i kiedy dowiedziały się, że muszę jeść 3000 kcal dziennie na 4 dni przed startem stwierdziły z rozmarzeniem: "szczęściara".
Czyżby? Ogólnie nie narzekam, bo głodna nie chodzę, ale jedzenia jest naprawdę bardzo dużo plus - muszę naprawdę uważać co jem, wszystko musi być zgodne z menu, żadnych odstępstw.
A zatem dzisiaj wyglądało to tak:
śniadanie mistrzów, czyli płatki owsiane, rodzynki, otręby, siemię lniane i banan (jest energia na poranny trening na basenie)
potem kilka kanapeczek, z dżemem (fuj, nie lubię słodkiego smaku!) :)
podczas obiadu rozpoczęłam pasta party - i powtórzyłam w trakcie podwieczorku :)
kolacja już na totalnym luzie - jogurt z dżemem owocowym, do tego herbatka i mogę w spokoju pójść spać:)
Jeszcze czwartek, piątek i sobota - dużo jedzenia, 3 dni totalnego odpoczynku - kumuluję energię i nie mogę się doczekać niedzielnego startu :) proszę o wsparcie mentalne - teraz już tylko to mi jest potrzebne:)
Czyżby? Ogólnie nie narzekam, bo głodna nie chodzę, ale jedzenia jest naprawdę bardzo dużo plus - muszę naprawdę uważać co jem, wszystko musi być zgodne z menu, żadnych odstępstw.
A zatem dzisiaj wyglądało to tak:
śniadanie mistrzów, czyli płatki owsiane, rodzynki, otręby, siemię lniane i banan (jest energia na poranny trening na basenie)
potem kilka kanapeczek, z dżemem (fuj, nie lubię słodkiego smaku!) :)
podczas obiadu rozpoczęłam pasta party - i powtórzyłam w trakcie podwieczorku :)
kolacja już na totalnym luzie - jogurt z dżemem owocowym, do tego herbatka i mogę w spokoju pójść spać:)
Jeszcze czwartek, piątek i sobota - dużo jedzenia, 3 dni totalnego odpoczynku - kumuluję energię i nie mogę się doczekać niedzielnego startu :) proszę o wsparcie mentalne - teraz już tylko to mi jest potrzebne:)
niedziela, 29 czerwca 2014
Został tydzień, czyli aktualizacja - ciało, głowa i kilka pobocznych tematów:)
Dzisiaj rano doszłam do wniosku, że najważniejsze w życiu są małe przyjemności. Nie ukrywam, że do takiego wniosku pomogła mi dojść mała kawka poranna, w najlepszym towarzystwie mojego Męża.
I tak podsumowując moje plany - co chcę zrobić do 30-stki to było to m.in. przebiec półmaraton (zaliczone i to w jakim stylu:)) i zrobić triathlon. Zrobić go, przejść, przetrwać. Po prostu. Na początku roku nie zakładałam żadnych czasówek, osiągnięć czy ambicji. Teraz na tydzień przed porzuciłam wszelkie ambicje czasowe - mam zamiar stawić się na starcie, sprawdzić siebie i po prostu dobrze się bawić. Bez presji. W sumie niewiele osób w Polsce jest w stanie przejść tę trudną dyscyplinę to dlaczego już zakładałam, że będę się wstydzić wyniku:)? Koniec z marudzeniem:)
Poza tym mam tydzień - tydzień na relaks, test sprawnościowy (we wtorek i jestem bardzo ciekawa jak wyjdzie:)), tydzień na doładowanie energetyczne (będę relacjonować moje 3500 kcal dziennie, co jest naprawdę wyzwaniem!).
Z ciałem jest naprawdę nieźle, po małym załamaniu ostatnio i głowa wróciła do jako takiej formy, mam nadzieję, że będzie lepiej, bo miałam siebie dość. Do tego ciągłe zmęczenie przez pracę i coraz intensywniejsze treningi i było to co było - sami widzieliście:)
W ramach akcji: "kocham siebie" postanowiłam też robić sobie małe przyjemności w większej ilości, a także... robić więcej zdjęć sobie (wiem, może to brzmi śmiesznie, ale stwierdziłam, że może bardziej polubię siebie jak częściej będę na siebie patrzeć:) po prostu się przyzwyczaję:)). Polecam także codziennie mówić sobie coś miłego - u mnie się sprawdza:)





a zatem... zmęczona ja, zdrowa dieta przedstartowa, nowe, cudne butki, mój codzienny towarzysz i małe przyjemności :)
życzę Wam cudownej niedzieli - najwspanialszy dzień tygodnia przed nami, wykorzystajcie ją dobrze - odpocznijcie, spędźcie czas z rodziną i zadbajcie o siebie - wycieczka rowerowa, rolki, a może dobry deser:)? udanego dnia!
I tak podsumowując moje plany - co chcę zrobić do 30-stki to było to m.in. przebiec półmaraton (zaliczone i to w jakim stylu:)) i zrobić triathlon. Zrobić go, przejść, przetrwać. Po prostu. Na początku roku nie zakładałam żadnych czasówek, osiągnięć czy ambicji. Teraz na tydzień przed porzuciłam wszelkie ambicje czasowe - mam zamiar stawić się na starcie, sprawdzić siebie i po prostu dobrze się bawić. Bez presji. W sumie niewiele osób w Polsce jest w stanie przejść tę trudną dyscyplinę to dlaczego już zakładałam, że będę się wstydzić wyniku:)? Koniec z marudzeniem:)
Poza tym mam tydzień - tydzień na relaks, test sprawnościowy (we wtorek i jestem bardzo ciekawa jak wyjdzie:)), tydzień na doładowanie energetyczne (będę relacjonować moje 3500 kcal dziennie, co jest naprawdę wyzwaniem!).
Z ciałem jest naprawdę nieźle, po małym załamaniu ostatnio i głowa wróciła do jako takiej formy, mam nadzieję, że będzie lepiej, bo miałam siebie dość. Do tego ciągłe zmęczenie przez pracę i coraz intensywniejsze treningi i było to co było - sami widzieliście:)
W ramach akcji: "kocham siebie" postanowiłam też robić sobie małe przyjemności w większej ilości, a także... robić więcej zdjęć sobie (wiem, może to brzmi śmiesznie, ale stwierdziłam, że może bardziej polubię siebie jak częściej będę na siebie patrzeć:) po prostu się przyzwyczaję:)). Polecam także codziennie mówić sobie coś miłego - u mnie się sprawdza:)





a zatem... zmęczona ja, zdrowa dieta przedstartowa, nowe, cudne butki, mój codzienny towarzysz i małe przyjemności :)
życzę Wam cudownej niedzieli - najwspanialszy dzień tygodnia przed nami, wykorzystajcie ją dobrze - odpocznijcie, spędźcie czas z rodziną i zadbajcie o siebie - wycieczka rowerowa, rolki, a może dobry deser:)? udanego dnia!
piątek, 20 czerwca 2014
Mroczny czwartek i małe podziękowania. Pobudka z nowymi siłami.




Dziękuję Wam za różne słowa z kometarzy, z porzedniego posta. Bardzo jestem Wam wdzięczna za wszystko. Mam dużo przemyśleń. Wczoraj dzień był ciężki - czułam się fatalnie, bardziej w głowie niż w ciele. Nie zrobiłam treningu - tak, tak, nie zrobiłam. Ciało ma się dobrze, ale jak głowa je blokuje to nie ma mocnych. Postanowiłam, że być może mała przerwa od codziennych treningów pomoże mi w regeneracji.
Czwartek był mroczny, ale postanowiłam, że się nie poddam, że będę walczyć o siebie i o szczęście. Smutne to, że mając właściwie wszystko (tak, właśnie tak twierdzę, mam w życiu wszystko, teraz tylko muszę o tym pamiętać i to docenić) - świetną pracą, cudownego, dobrego Męża, całkiem dobre zdrowie i sytuację życiową - jest mi źle z samą sobą. Jak to się stało? Co przeoczyłam, gdzie popełniłam błąd?
Nie zamierzam się poddawać złym emocjom, chcę i będę lepszym człowiekiem. Kocham moje życie, jest mi dobrze:) Teraz muszę po prostu częściej doceniać to co mam i wrócić do mojej naturalnej radości, którą przecież mam w sobie. Bo odmawiam sobie bycia nieszczęśliwą, nie zgadzam się na to!
Do boju i do przodu:)

wtorek, 17 czerwca 2014
Kolejne kilometry na trasie rowerowej, dieta 3 tygodnie przed i przemyślenia mentalnego grubasa
Długo ostatnio zbieram się do pisania, mam sporo tematów, ale też niewiele wolnego czasu - a jak już jest luźniej to każdą wolną chwilę spędzamy razem z moim Mężem. Nawet wprowadziliśmy inicjatywę - weekend bez telefonu, ponieważ ze względu na nasze sprawy zawodowe oraz różne inne obowiązki nie mieliśmy w weekendy czasu na odpoczynek i czasu dla siebie, a to przecież absurd.

Jak to dobrze, tak sobie posiedzieć bez telefonu:)
A zatem spraw sporo, czasu niewiele, organizacja to podstawa. Śmigam kolejne kilometry na rowerze (wczoraj prawie 40:)), do startu w triathlonie zostało niecałe 3 tygodnie. Mam też ostatnio chwile załamania - w jednej chwili czuję się dobrze przygotowana (codzienne treningi, odpowiednia dieta), a potem czuję się "słabizną" i widzę, że właściwie nie ma sensu próbować. Bo po co? Żeby się ośmieszyć na moim starym i małym rowerze górskim (przecież wszyscy mają szosowe...), albo żeby się dać utopić?

chociaż z różnymi wątpliwościami to śmigam dzielnie w obcisłych gatkach, a co:)
Niestety w mojej głowie szaleje burza i od jakiegoś czasu nie wiem jak nad nią zapanować. I tak płyną kolejne dni.
Teraz już całkowicie pilnuję diety - nie może w niej niczego zabraknąć, jakiekolwiek osłabienie może spowodować, że nie będę miała sił na podjęcie mojego wyzwania triathlonowego, a bardzo mi na nim zależy. Chcę coś udowodnić. Chcę udowodnić coś sobie, a jestem dla siebie najbardziej wymagającym arbitrem.
I tak ostatnio w ramach osobistej terapii postanowiłam robić więcej zdjęć.

piątek, 6 czerwca 2014
Piątkowe podsumowanie tygodnia :)
Jak czuję się na miesiąc przed triathlonem? wytrenowana, ale jeszcze za mało. Dzisiaj zrobiłam 16km na rowerze na niskim tętnie i 20min biegu. Codziennie jest jakiś trening, czasami dwa. Nie czuję się przygotowana, ale mam nadzieję, że moja forma jeszcze trochę wzrośnie. Nie chciałabym słabo wypaść, ponad pół roku intensywnych przygotowań jednak powodują, że czuję lekki stres :)
Poza treningami triathlonowymi zaczęłyśmy oficjalnie trenować do Balonowych Mistrzostw Polski. Trochę falstart na początek, bo był mały problem techniczny, ale mam nadzieję, że im dalej w sezon tym mniej takich niespodzianek się pojawi.




mała fotorelacja ze środowego lotu i ja w wersji roboczej - tak czasami trzeba potrenować :)
A tak się cieszyłam na własnym weselu jak zobaczyłam balon:) taką szaloną niespodziankę koledzy mi zrobili (zapomniałam o obcasach i sukience i w pół minuty byłam już w koszu) :)

udanego weekendu! ja ruszam w Karkonosze jeździć na rowerze:)!
piątek, 30 maja 2014
Recenzja: książka "Waga startowa" Matt Fitzgerald
Jakiś czas temu dostałam od wydawnictwa Inne Spacery książkę pt.:"Waga startowa". Ponieważ już wkrótce mój triathlonowy debiut, dlatego pomyślałam, że warto poczytać coś o startach w zawodach. Książka okazała się strzałem w dziesiątkę! Podeszłam do niej bardzo sceptycznie (wolę uprawiać sport niż o nim czytać:)), ale muszę przyznać, że jest bardzo przejrzyście napisana, wprowadza w poszczególne dyscypliny (nie tylko bieganie, ale też pływanie, kolarstwo i to, co mnie interesowało najbardziej, czyli triathlon!).
Autor wyjaśnia, czym charakteryzuje się najlepsza sylwetka dla poszczególnych dysscyplin, a także przedstawia prawidłowe ilości tkanki tłuszczowej (co jest najważniejsze, a nie waga w kilogramach). Oczywiście wszystko zależy od intensywności treningów oraz od indywidualnej sylwetki zawodnika, ale autor daleki jest od uogólnień. Wszystko jest rzetelnie opisane, wiedza usystematyzowana i naprawdę poukładało mi się kilka rzeczy w głowie. Powoli też przyzwyczajam się do tego, że jeśli chcę dobrze pływać, jeździć na rowerze i biegać to muszę mieć odpowiednią ilość mięśni (nad tym pracuję na treningach siłowych), a nie chude rączki:)
Zdecydowanie polecam książkę osobom, które startują w zawodach lub szykują się do startów w przyszłości.
Weekend po deszczowym tygodniu zapowiada się ładny, u mnie tradycyjnie aktywnie, dzisiaj impreza służbowa mojego Męża, jutro 2 intensywne treningi (mam nadzieję, że przejdą gładko, bo dzisiaj jakieś przeziębienie mnie złapało), a potem wizyta Babci. W niedzielę same przyjemności - lot balonem jak pogoda będzie łaskawa i kino! w końcu Dzień Dziecka:)
życzę Wam równie przyjemnego wypoczynku jak u mnie:)
piątek, 23 maja 2014
Piątkowo - czyli jak minął tydzień i sposoby na to, żeby nie oszaleć:)



Mój codzienny start dnia, czyli woda z miodem i cytryną oraz banan, poranna owsianka z amarantusem i medal z biegu firmowego, czyli tydzień w foto skrócie:)
A tydzień minął jak błyskawica. Pogoda dopisuje, forma dopisuje, nowe życie dopisuje:)
Poza tym dużo, dużo treningów i coraz lepsza forma, co niesamowicie mnie cieszy. Dzisiaj 10 km biegu z interwałami dało mi w kość, ale przecież o to chodzi. W zeszłą sobotę brałam udział w sztafecie korporacyjnej, podczas chyba największej ulewy tej wiosny (momentami nie wiedziałam czy jeszcze biegnę czy już płynę:)). Ale był to bieg charytatywny i warto było. Poza tym towarzystwo było świetne, będą wspomnienia :)
Moje życie przyspieszyło - zawodowo, prywatnie. Trochę się czasami jeszcze miotam, ale w najtrudniejszych chwilach znajduję oparcie w moim Mężu, z którym zawsze mogę porozmawiać i jest moim głosem rozsądku. Poza tym jest sport - sposób na rozładowanie emocji, sposób na siebie. Mam wrażenie, że rezygnacja z codziennej aktywności (czy to poranne bieganie, pływanie czy droga do pracy pokonana na rowerze) byłoby świadomym zubożeniem własnego życia. Ile pozytywnych emocji, ile upustu dla stresów i doskonałych pomysłów przynosi mi sport - ciężko to oszacować, ale jest tego sporo. Poza tym sportowe życie przynosi równowagę także w innych częściach naszej egzystencji - wiem to na moim osobistym przykładzie:)
Jeśli tylko kiedykolwiek będę potrafiła zarazić kogoś sportowymi uczuciami, aktywnością w życiu to będę z tego dumna. To sport wniesie w moje życie jeszcze więcej.
Życzę Wam cudownego piątkowego przed i popołudnia :)
p.s. jutro u mnie podwójny trening przedtriathlonowy, więc dzisiaj zbieram na to siły:)
Subskrybuj:
Posty (Atom)

















