czwartek, 29 grudnia 2011

wtorek, 27 grudnia 2011

Cytat tygodnia

I jednocześnie złota myśl na Nowy Rok:

"obie zasługujemy na szczęście, które da nam whiskey i prawdziwy mężczyzna..."

by Zuzanna B.

niedziela, 25 grudnia 2011

Wesołych Świąt

Zdrowych, radosnych i pogodnych Świąt Bożego Narodzenia!



a w świąteczne klimaty niech Was wprawi wspaniała szklana kula:) żeby łatwiej było pomarzyć i odpocząć patrząc się na spadające płatki...

póki co wirtualna, ale kiedyś będę miała taką piękną prawdziwą kulę w domu:)

piątek, 23 grudnia 2011

Chwila zatrzymania w przedświątecznym biegu

Nic nie dzieje się przypadkiem...
Spotkałam ostatnio niesamowitego człowieka. Wydaje się, że zupełnie przypadkowo... Aczkolwiek. Przecież nic nie dzieje się przypadkiem.

Usłyszałam ostatnio coś co mnie zszokowało, ale dało dużo powodów do przemyśleń.

"Czy gdybyś leżała śmiertelnie chora w szpitalu i zostało by Ci kilka tygodni życia żałowałabyś, że nie zrobiłaś czegoś w pracy?"

To było mocne. Ale może właśnie to było potrzebne.

czwartek, 22 grudnia 2011

Dialogi Rodzinne

Osoby: Szanowny Brat P. i ja.
Wprowadzenie, jedziemy do pracy w przedświątecznym tygodniu. Jest bardzo wcześnie.
Szanowny Brat P.: ależ jestem zmęczony... ale jest ciemno...
ja: ja też jestem zmęczona, padam dzisiaj na twarz...
Szanowny Brat P.: Ty się nawet nie odzywaj... jutro zaczynasz urlop, więc dzisiaj masz piątek...
ja: no tak... ale poszłam spać po północy, a wstałam o 4 i pakowałam ciasto, bo spać nie mogłam...
Szanowny Brat P.: zapewniam Cię, że twoje problemy ze snem są twoją osobistą sprawą i nikogo nie interesują!

jak zwykle...:)

środa, 21 grudnia 2011

Nieznośna lekkość bytu, czyli pora na zmiany

Ogólnie jestem w pędzie. Wiem to ja, wiedzą wszyscy w moim otoczeniu.

Ale wczoraj dostałam maila od mojej Mamy pt:
"prośba o wyznaczenie terminu spotkania".

Chyba jednak otrzymywanie maili o takim tytule od Rodziców to znak, że pora na zmiany.

Zima idzie, może w końcu pora się zakochać?

niedziela, 18 grudnia 2011

1Q84

"Wiesz, długo byłam sama. I różne rzeczy mnie głęboko zraniły. Żałuję, że nie mogłam wcześniej cię spotkać. Wtedy nie musiałabym iść taką okrężną drogą.
Tengo potrząsa głową.
Nie, ja tak nie uważam. Tak jest lepiej. Teraz przyszła na wszystko właściwa pora. Dla nas obojga."


- "1Q84" Haruki Murakami

sobota, 17 grudnia 2011

Ludzie...

...zawsze mnie będą fascynować.

Może jestem naiwna, może zbyt łatwowierna, ale uwielbiam ludzi.

Każdy ma swoją historię. Cudownie jest móc je poznawać.

poniedziałek, 12 grudnia 2011

Totalna głupawka, świąteczne pierniczki, miłość do środowiska pracy i lekkie przemęczenie

Sporo się działo ostatnio. Nawet ciężko to wszystko ogarnąć, w głowie mam niezły bałagan. Dolnośląskie Targi Wolontariatu, które zajęły mi prawie cały weekend, to tylko mały wycinek, a pieczenie pierniczków, które zajęło resztę wolnego czasu to jedynie ułamek. Ostatnio wszystko tłumię w sobie. Tak już mam. Pod przykrywką uśmiechniętej i otwartej osoby mam mnóstwo warstw (tu mogę sparafrazować Shreka - "cebula ma warstwy..."), których chyba nigdy nikomu nie uda się ich odkryć.
Poza tym trochę mnie przemęczenie dopadło, już po szpiku kości czuję te intensywne 2 miesiące, które właściwie mam za sobą. Objawia się to wszystko ostatnio zawrotami głowy oraz nieustającym przeziębieniem, które wcale nie chce minąć.
Poniedziałek minął pod tradycyjnym hasłem nowych wyzwań, a teraz zmęczona po ulubionym treningu mogę w końcu odpocząć.

Dobrej nocy:)

piątek, 9 grudnia 2011

Stan duszy wyśpiewany...

Dzisiaj szczerze wzruszyło mnie wyznanie jednej z osób, z mojego najbliższego towarzystwa.
Drobiazg, który zrobiłam, wydawało się, że zupełnie bez znaczenia, dla tej osoby okazał się bardzo ważnym drobiazgiem. I wzruszył mnie absolutnie sposób podziękowania za coś naturalnego za co przecież nie trzeba dziękować:)

A to czadowa piosenka, od kilku miesięcy, odkąd natknęłam się na nią na FB, krążyła mi po głowie. Ale dzisiaj w Esce Rock mieli na nią mini obsesję i słyszałam ją chyba 5 razy... a teraz swędzenie mózgu...




p.s. post miał być na inny temat, ale po prostu muzyka przyćmiła wszystko:)

wtorek, 6 grudnia 2011

Myśli cynamonowe

Dzisiaj oficjalnie otwarłam sezon świąteczny... były pierniczki, grzane wino, ciasto czekoladowe i świąteczne piosenki. Muszę przyznać, że było cudnie, do tego mam już pięknie ubraną choinkę i lampki w kształcie gwiazdek.
Chcę je zawiesić koło okna... z pewnością niedługo wymyślę jak to dobrze zrobić. I zrobię to. Nikogo nie potrzebuję do pomocy. Będę sobie leżała na łóżku, a nade mną gwiazdki. Cisza i ja. Święty spokój i czysty umysł.
Już się nie mogę doczekać na te gwiazdki:)

niedziela, 4 grudnia 2011

Święta Barbara po wodzie, Boże Narodzenie po lodzie

Hip hip hurrraaa:)*

Święta będą białe i mroźne... w końcu polskie mądrości ludowe nie mogą się mylić...



*ciekawe jak bardzo będę się z tego cieszyła jak z łopatą będę odgrzebywała samochód ze śniegu :) to będzie najważniejsza próba optymistycznego podejścia do świata:)

środa, 30 listopada 2011

Bardzo osobiste muzyczne manipulacje...

(...)

Opowiem Ci jakie piosenki czasami opowiadają moje życie lub chciałabym, żeby je opowiadały.
A zatem "Cudownych rodziców mam", a "Dom był zawsze pełen gości",
kiedy rozstawałam się z moim facetem po 3 latach mieszkania razem w głowie miałam - "Afterlife" Avenged Sevenfold,
kiedy zostałam podle oszukana podśpiewywałam "The feel good drag" Anberlin,
marzę o miłości z "Livin on the Prayer" Bon Jovi, czyli takiej na dobre i na złe,
bo przecież każdy "Chciałby umrzeć z miłości",
jestem tą dziewczyną "Z jednej z dzikich plaż" Rotary,
chociaż zdarza mi się być "Loca" Shakiry,
a w praktyce "Peggy Brown" Myslo,
przez życie idę jak w piosence "Tous les garcons et les filles" Francoise Hardy,
często w rytmie "Danza Kuduro",
podejście do życia mam niczym w "Parę chwil" Iry,
ostatnio jestem nieustannie "Closer to the edge" 30STM,
ponieważ jestem z natury naiwna to podśpiewuję "I love the way you lie" Rihanny i Eminema...
acha wierzę, że piosenka z "Zaczarowanej" - "Skąd wiedzieć ma"... ma głęboki sens:) właściwie bywam niczym My Riot "Sam przeciwko wszystkim"...

i nie wiem jaką piosenkę chciałabym usłyszeć na własnym ślubie... to zbyt wielka abstrakcja jest.

wtorek, 29 listopada 2011

Dialogi Rodzinne

Wprowadzenie: jadę z moim Szanownym Bratem P. do pracy samochodem, rozmawiamy o bieżących sprawach... Święta idą:)
osoby: Szanowny Brat P. i ja.

Szanowny Brat P.: (...) no a Ty, co chcesz dostać pod choinkę...
ja: no jak to nie wiesz? wystarczy mi przystojny, 30-letni Strażak...
Szanowny Brat P.: yyy... Strażak? serio?
ja: no nie... ja nie jestem wymagająca... nie musi być Strażak, ważne, żeby był koło 30-stki!
Szanowny Brat P.: koło 30-stki? serio?
ja: no serio, a co?! to dobry wiek!
Szanowny Brat P.: no niby dobry... w takim razie trudno, będzie trzeba odwołać, bo my już George'a Clooney'a Ci zamówiliśmy, ale skoro koło 30-stki... to będzie trzeba odwołać!
ja: ???

niedziela, 27 listopada 2011

Rachunek sumienia w piękną jesienną niedzielę, czyli co zrobić żeby w stanie optymizmu wytrwać do końca roku. Wskazówki praktyczne.

Jak się okazuje nie umiemy cieszyć się z tego co mamy...
Jak się okazuje panuje taka zależność... im więcej mamy, tym trudniej cieszyć się z drobiazgów...
Nie umiemy też żyć chwilą, mam wrażenie, że wszyscy utknęliśmy pomiędzy wspomnieniami, które nas ukształtowały i nie można się od nich odciąć, a nieustannym planowaniem tego co będzie... a co z tu i teraz? najwyraźniej nie ma na to czasu.

Co z tym zrobić? Proponuję od dzisiaj małą renowacja w głowie. Taki umysłowy tunning, żeby "optymizmowi stało się zadość"... mam listę, potraktujcie to jako podpowiedź:
1. Cieszę się z tego co mam, bo mam dużo.
2. Każdego dnia dostrzegam drobiazgi, które przecież poprawiają mi dzień.
3. Żyję tu i teraz. Jak to zrobić? Wcale to nie jest takie łatwe, ale przez 15 minut każdej doby będę tu i teraz, bez myślenia o tym co było, bez planowania tego co będzie. Kwadrans w ciągu doby to nie dużo, ale na początek wystarczy.

I niech miesiąc optymizmu trwa, oficjalnie przedłużam go do końca roku:)

poniedziałek, 21 listopada 2011

Dialogi Rodzinne

czyli Dzień Życzliwości "po naszemu"...

Wprowadzenie: poniedziałkowe śniadanie w domu moich Rodziców.
Osoby: Ojciec, Mama, Szanowny Brat P. oraz ja.
Wszyscy obecni siedzą nad swoimi kubkami z kawą, ja wpadam do domu i z entuzjazmem wołam:
ja: Rodzino, dzień dobry! [przyp. autorki - mój miesiąc optymizmu nadal trwa]
Ojciec: co tak wcześnie?
Szanowny Brat P.: coraz wcześniej przyjeżdża ostatnio...
ja: udam, że tego nie słyszałam! ale kawy bym się napiła.
Ojciec: ale serio czemu tak wcześnie?
ja: oj tam... czemu, zaraz czemu... bo jest piękny poniedziałek, a jak poniedziałek to wiadomo - nowy tydzień, nowe wyzwania! poza tym... straciłam węch!
Mama: jak to straciłaś węch?!
ja: normalnie. Nic nie czuję. Nic a nic.
Mama: ale przez katar?
ja: no chyba tak... wiesz kupiłam sobie ten czadowy balsam do ciała... smaruję się nim dzisiaj i myślę... oszukali mnie! gdzie tu zapach cynamonowy, jak nic nie czuć... i coś mnie tknęło... nic nie czuć... wzięłam inny balsam, którego zapach znam i też nic. Normalnie nic nie czuję...NIECZUŁA jestem...
Mama: no zdarza się...
ja: Ale dziwne to! serio! i tak sobie pomyślałam - a co jakbym miała wyciek gazu w domu? - nic bym nie czuła! dlatego na poranną kawę postanowiłam przyjechać do Was...
Mama: dziecko... ale dlaczego miałabyś mieć wyciek gazu?
ja: Mamo to nieistotne, hipotetycznie... [zmieniając temat] a nie uważasz, że mam zaczerwienioną skórę... o tu... może mnie ten balsam uczulił...
Mama: gdzie? nic nie widać...
ja: no tu, zobacz... [pokazując okolice dekoltu]
Szanowny Brat P.: najwyraźniej na wzrok też Ci padło...

niedziela, 20 listopada 2011

Współczesna bajka...?

Ja się pytam...
Dlaczego delikatna i subtelna bohaterka w oryginale, biega z mieczem we współczesnej interpretacji baśni?!



To już kolejna współczesna bajka, która pokazuje taki typ bohaterki, co tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że moja teoria o stopniowym wyginięciu prawdziwych mężczyzn osiąga światową skalę...

sobota, 19 listopada 2011

Dialogi Telefoniczne

Wprowadzenie: piątkowy wieczór. Siedzę w domu i rozmawiam z szykującą się do wieczornego wyjścia Przyjaciółką O.
(...)
Przyjaciółka O.: ale wiesz, dzisiaj, teraz powinnaś zrobić coś dla siebie...
ja: przecież właśnie robię!
Przyjaciółka O.: tak? co?
ja: jak to co? pranie!


to się nazywa "wielce odmienna perspektywa".
A piątkowy wieczór to tradycyjnie pora na pranie:).

piątek, 18 listopada 2011

"Mam weekend i nie zawaham się go użyć"

To jest moje hasło na dzisiaj. Co najprawdopodobniej w moim wypadku oznacza prawdziwe szaleństwo - układanie puzzli z 1000 elementów w sobotni wieczór... będzie się działo:)

Tymczasem kiedy już jesteśmy przy szaleństwie... moja fascynacja Shakirą trwa:)

wtorek, 8 listopada 2011

Miesiąc optymizmu trwa, a wszechświat swoje...

Trwa mój miesiąc optymizmu i jest dobrze. Wychodzi mi optymizm, chociaż chyba mam przed sobą jakąś próbę.

Wczoraj wysiadły mi hamulce w samochodzie. Było to nawet zabawne w ostatecznym rozrachunku. Na szczęście nikomu się nic nie stało, a ja zachowałam zimną krew i dojechałam samochodem do warsztatu. Potem dowlekałam się sama do Domu. Szanowni Bracia jakoś byli nieczuli na mój mały problem, ale nie mam im tego za złe:)
Rozmawiałam z Moją Najlepszą Przyjaciółką vel Siostrą przez telefon, w końcu musiałam się komuś wyżalić:
(...)
ja: straszne, straszne... najgorsze jest to, że nie mam czym jutro pojechać do pracy...!
Moja Najlepsza Przyjaciółka vel Siostra (bardzo poważnym współczującym tonem...): Aguś, a co się stało z komunikacją miejską we Wrocławiu?! [(przyp. autorki) a jednak to była ironia!]
(...)

Wnioski moich Najdroższych Przyjaciółek Ań były proste... musisz kupić sobie kartę miejską... na samą myśl ciarki mnie przechodzą, ale kto wie... brrr!

niedziela, 6 listopada 2011

Dialogi Rodzinne

Wprowadzenie: wieczorowa pora, siedzimy u mnie w Domu z Szanownym Bratem P. i Najlepszym Przyjacielem Szanownego Brata R., pijemy piwo, prowadzimy kulturalną konwersację na tematy ogólnie poruszane przez współczesnych ludzi takie jak zbliżające się wydarzenia sportowe, premiery filmowe oraz nowinki technologiczne. Zaplanowany jest też oczywiście seans filmowy z zombiakami w roli głównej.

(...)
Szanowny Brat P.: Aga, włączyłem twój komputer, czy to coś łączy się automatycznie z internetem?
ja: Ależ oczywiście, że tak!
Szanowny Brat P.: ... to czemu się nie łączy?
ja: oj... czepiasz się... przecież najpierw trzeba włączyć router!
Najlepszy Przyjaciel Szanownego Brata R.: po co wyłączasz router?
ja: to moje zabezpieczenie przed hakerami i złodziejami prędkości internetowej!
Szanowny Brat P.: a co niby mają hakować skoro masz wszystko wyłączone?!
ja: no właśnie! haha!
(...)
seans trwa...
ja: i co nie mam racji? coraz szybsze te zombiaki, trzeba dbać o kondycję, żeby w razie czego mieć siły na ratunek i ucieczkę...
Szanowny Brat P.: przecież to już dawno temu ustaliliśmy...
ja (zwracając się do Najlepszego Przyjaciela Szanownego Brata R.): no, ale Ty chyba musisz zacząć poważniej pracować nad kondycją...
Najlepszy Przyjaciel Szanownego Brata R.: Niekoniecznie, wystarczy, że znajdę 100 osób wolniejszych ode mnie... a uwierz mi, w spierdalaniu to jestem naprawdę dobry...

Każdy ma prawo do własnych dziwnych teorii, na jeszcze dziwniejsze tematy.

sobota, 5 listopada 2011

Dialogi Domowe*

Wprowadzenie: uroczy, jesienny wieczór. Siedzę sama w domu, zmęczona po pracy, po siłowni i zdegustowana własną osobą. Miesiąc optymizmu miesiącem optymizmu, do świata jestem nastawiona pozytywnie, ale do własnej osoby należy podchodzić z nutką krytycyzmu (jak widać ta nutka jest doprawiona szczyptą realizmu oraz odrobiną komizmu), aby nie spocząć na laurach:

(...)
ja: masakra... jestem z siebie niezadowolona, jak tak można... po prostu zawiodłam siebie... a do tego... a do tego...a do tego Olę jakiś facet podrywał na przystanku... na przystanku, tak po prostu...
ja: i co z tego? fajny, odważny, to i na przystanku do ładnej dziewczyny zagadał...
ja: ale na przystanku! mnie nikt na przystankach nie podrywa!
ja: może dlatego, że nie jeździsz komunikacją miejską!
(...)
ja: a Ciotka za czasów licealno-studenckich mówiła, żeby jeździć z przystanków Politechniki... trzeba było słuchać starszych...
(...)


*rzecz się dzieje u mnie w Domu, ponieważ nie mam osobistej Rodziny w moim osobistym Domu, a dialogi mają specyficzną formę musiałam, dla odróżnienia, zatytułować posta nieco inaczej...

wtorek, 1 listopada 2011

Bohaterowie dnia codziennego

Dzisiaj wydarzyło się coś spektakularnego.
Awaryjne lądowanie Boeinga 767 (PC zresztą...) PLL LOT. Ponieważ byłam zawodowo związana z LOTem, każda taka informacja dotyka mnie osobiście. Patrzę na to z nieco innej perspektywy.
Dzisiaj od rana kołatały mi się myśli z LOTem właśnie związane. Chyba jakaś intuicja, szósty zmysł, a może zwykły zbieg okoliczności? Jeszcze rozmawiałam o tym z Mamą rano. A tu takie wiadomości...
Chylę czoła! wspaniali Piloci i dzielna Załoga, to oni świetnie przygotowani poradzili sobie doskonale z ewakuacją samolotu po locie atlantyckim. Myślę, że tylko osoby pracujące na pokładzie potrafią zrozumieć jakie to było heroiczne przedsięwzięcie.
Reszta osób musi mi uwierzyć na słowo.

Niesamowici Bohaterowie Dnia Codziennego. Podziwiam, szanuję i nie mogę wyjść z zachwytu.

poniedziałek, 31 października 2011

Tydzień optymizmu, miesiąc optymizmu, treningi, Rodzeństwo i wszędzie dynia!

Cały zeszły tydzień obchodziłam tzw. "tydzień optymizmu". Postanowiłam, że nic, ale to absolutnie nic nie wyprowadzi mnie z równowagi i nie popsuje dobrego nastroju. Muszę przyznać, że kosmos walczył o złamanie moich postanowień, ale się nie dałam:)
Teraz zarządzam miesiąc optymizmu i nie zawaham się dotrzymać tego założenia:)
Listopad miesiącem optymizmu, a jakże.
Żeby podtrzymywać się w tych wszystkich postanowieniach mam jako wspomożenie treningi (nawet trafił się ZumbaMaraton charytatywny ostatnio), Rodzeństwo (na nich to zawsze można liczyć... że będą próbowali sprawdzić moją wytrwałość...) i potrawy z dyni. Ostatnio eksperymentuję. W ciągu 3 dni upiekłam już 3 ciasta, a na tym nie poprzestanę, bo próbuję zrobić ciasto idealne... w mojej kuchni wszędzie jest pełno dyni, a zupy i różnego rodzaju przetwory walają się po lodówce...
pogrom, istny pogrom:)
dobrze, że miesiąc optymizmu, pełen wyzwań już trwa:)

środa, 26 października 2011

niedziela, 23 października 2011

Ciasto z dyni, przeganianie jesiennej słoty i tornado w kuchni oraz w głowie

Dzisiaj postanowiłam przegonić jesienną słotę i upiekłam ciasto z dyni, które autorsko i pieszczotliwie ochrzciłam "dyniaczkiem" i niech już tak pozostanie:



Najwyraźniej się udało przełamać aurę, bo już w trakcie pieczenia wyszło Słońce i znowu mamy złotą, polską jesień za oknami. Spacer by się przydał. Spacer:)!

Wczoraj byłam na spotkaniu autorskim dotyczącym książki "Gaga, Warszawski Wilkołak", którą wszystkim polecam jako doskonałą rozrywkę na długie jesienne wieczory:)

Miłego niedzielnego popołudnia :)

sobota, 22 października 2011

Złota polska jesień, wilkołak i zupa z dyni:)

Dopadło mnie przeziębienie w tym tygodniu. I to tak konkretnie. Nawet autosugestie, że jestem zdrowa, a moja odporność jest niezniszczalna nic nie pomogły. Katar leczony przechodzi po 7 dniach, nieleczony po tygodniu.
I na szczęście ten tydzień mija w weekend, więc czuję się już całkiem, całkiem.
A dzisiaj korzystam z pięknej pogody i wszędzie spaceruję, w międzyczasie zrobiłam zupę z dyni (z imbirem na przeziębienie), planuję też zajrzeć na spotkanie z Maćkiem Balcerzakiem, autorem książki "Gaga Warszawski Wilkołak". Więc sobota będzie trochę "supernaturalna". Relacja wkrótce.
Miłego popołudnia:)

wtorek, 18 października 2011

Cytat dnia

"Chowam to narzędzie tortur" - powiedziała moja Mama odłączając żelazko od prądu.

I tak tradycyjne domowe obowiązki osiągają wyższy poziom abstrakcji.

sobota, 15 października 2011

Dialogi Rodzinne

Osoby: Szanowny Brat P., ja
Wprowadzenie: jedziemy samochodem w sobotę rano, jest przed 9, prowadzę i odwożę Szanownego Brata P., który z wczorajszym bólem głowy, ale ambitnie postanowił wykorzystać sobotę, żeby załatwić sprawy bieżące na uczelni...

ja: Ale masz wspaniałą siostrę! zobacz, z samego rana, bladym świtem, a postanowiła się poświęcić i Ciebie odwieźć... cudowna jestem!
Szanowny Brat P.: tak... oczywiście... wspaniała! tak... z samego rana, tylko chyba nie dla Ciebie. Przecież ty nie śpisz od 4h!
ja: bo ja lubię zacząć wcześnie sobotę!

Serio... lubię:)

środa, 12 października 2011

Pracoholizm i inne używki

Nałogi... kto ich nie ma?
Tak się składa, że przy mojej upartości i zaangażowaniu jestem bardzo dobrym materiałem na pracoholika.
Zgubna sprawa.
Zawsze to powtarzam, ale do tej pory patrzyłam na to wszystko z lekkim dystansem mówiąc sobie w duchu - spokojnie, przecież nad tym panuję, poza tym mnie to nie dotyczy, mogę w każdej chwili zmienić styl życia... zaraz, chwila... moment!
tak chyba mówią wszyscy nałogowcy...?

No właśnie:)

tymczasem wkręciłam się w nowy muzyczny kawałek:



to gdyby ktoś miał wątpliwości, że ostra ze mnie kobitka:)

niedziela, 9 października 2011

Weekend, czyli...

czyli co? ostatnio zauważyłam, że moje weekendy wyglądają odrobinę inaczej niż jakiś czas temu... no to zaczynamy...

Piątek wieczór.
Siedzę w szlafroku, oglądam "Oszukać przeznaczenie 3". Nagle dzwoni telefon, w słuchawce słyszę - "Aga, to co, może jakieś piwko w mieście?", na to Aga - "hmm, nie... nie jestem aż tak spontaniczna..."
Sobota.
Szalona impreza na rzecz Hospicjum popołudniu. Wieczór telefon od mojej Mamy (sic!) - "Aga, jedziemy do centrum, z Ciocią i Wujkiem... może się dołączysz?", na to Aga - "Fajnie, ale wiesz, ja dzisiaj wieczór spędzam z mężczyzną mojego życia...", na to Mama - "Znowu w TV puszczają Indianę Jonesa?"
Niedziela.
Obowiązki wypełnione. Mieli być u mnie Goście. I co... nie mogli...
Po co upiekłam tyle ciasta? No trudno. Uznajmy to za niedzielny spontan:)

piątek, 7 października 2011

Między nami Kobietami, czyli dialogi Przyjaciółek

Czas: Popołudnie po pracy.
Aura: Złota Polska Jesień.
Osoby: Przyjaciółka O. i ja we własnej osobie.
Wprowadzenie: Spacerujemy po centrum miasta, omawiamy ostatni tydzień. Nagle mijamy starszą panią, która sprzedaje małe bukieciki...

ja: O, jakie słodkie! Zawsze mi się takie bukieciki najbardziej podobały... zawsze chciałam taki dostać, ale nigdy jeszcze nie dostałam... zawsze bukiet róż, czy innych kwiatów, ale takich eleganckich, a nie romantycznych...
Przyjaciółka O.: Widzisz i ja tego zupełnie nie rozumiem... Facetów nie rozumiem, znam Cię jakiś czas i wiem, że taki słodki bukiecik ogromnie by Cię ucieszył... a nie jakieś sztywniackie róże...
ja: Bo wiesz, tak już jest z tymi facetami... Ty masz kobiecą wrażliwość, szósty zmysł, mężczyznom czasami tego brakuje, stąd pewne nieporozumienia... taki świat...
Przyciacióła O. (kontynuując swój wywód na temat pewnych braków w męskiej części populacji): Oni już tacy są, nic nie widzą... O! popatrz na nich na przykład (pokazała chłopaka i długowłosą wysoką blondynkę z małym romantycznym bukiecikiem, najprawdopodobniej kupionym przed chwilą u wspomnianej starszej pani...) takiej kobiecie to należy kupować eleganckie róże, a nie takie gówno!
ja: ?! O ?! cooo?!
Przyjaciółka O.: znaczy, nie, że miałam na myśli, że Ty... no... wiesz, że ona...
ja:?! a gdzie twoja kobieca wrażliwość się podziała?!

środa, 28 września 2011

Dialogi Rodzinne

Wprowadzenie: kuchnia w domu moich Rodziców, pora wieczorowa... jestem w odwiedzinach, siedzę przy stole z Mamą i Szanownym Bratem P. i dzielę się z nimi pewną kontrowersyjną sytuacją, która przytrafiła mi się niedawno:

ja: (...) i zostałam zaproszona na takie półsłużbowe spotkanie wieczorową porą...
Mama: No i?
ja: halo... no nie poszłam... w ogóle uważam to za trochę dziwne... wystarczy na mnie spojrzeć! jak można choćby przypuszczać, że mam wolny wieczór... przecież wiadomo, że taka kobieta jak ja, wieczorem nie będzie miała czasu na półoficjalne spotkania... wiadomo, że takiej kobiecie jak mi, wieczorową porą jej przystojny narzeczony masuje stopy...
Szanowny Brat P.: (spoglądając na zegarek) właśnie widzimy...
ja: Ale ja tu jestem z wyboru!
Szanowny Brat P.: tylko się pogrążasz...

wtorek, 27 września 2011

Hazard, alkohol, literatura piękna i matrioszka...

Ostatnio na lekcji rosyjskiego moim zadaniem było opowiedzieć o hobby moich Przyjaciół i moim. Skrupulatnie wymieniałam różne sporty (squash, wspinaczka, tenis, joga i boksowanie oczywiście:)), inne ciekawe zajęcia jak gotowanie, chodzenie do kina, zakupy, i tak dalej... długo można wymieniać... Najciekawsze jest, że przy każdej kolejnej osobie na koniec dodawałam: "aaa... i jeszcze whisky"... w końcu musi być jakiś wspólny mianownik łączący paczkę Przyjaciół:).

A tak w ogóle to mam sporo pracy... i pałam coraz większą miłością do pewnej narodowości... ech :) życie :)

wtorek, 20 września 2011

Sleepless in Wrocław

Dalej nie mogę spać... bardzo mnie to denerwuje, nie powiem...
Dzisiaj, w ramach prób zaśnięcia, posprzątałam (u mnie w domu zwykle można jeść z podłogi, ale dzisiaj przysięgam, że można przeprowadzić operację na otwartym sercu)... byłam na długim spacerze... wypiłam lampkę wina... a teraz staram się wyciszyć i zaraz może w końcu po niedospanym weekendzie i 36h bez normalnego snu uda mi się ułożyć w ramionach Morfeusza:)


dobranoc:)

poniedziałek, 19 września 2011

"Świata nie zmienisz"

"Świata nie zmienisz" - tak zawsze mówi mój Ojciec. Moja Mama dodaje "ale zawsze możesz zmienić swoją rzeczywistość". Dlatego właśnie moi Rodzice są idealną parą... uzupełnieniem, dopełnieniem i wykończeniem siebie nawzajem.
Wysoka poprzeczka.

Jak się okazuje nie mogę robić pewnych rzeczy... nie mogę czytać artykułów o głodujących dzieciach w Afryce, bo chcę jechać im pomóc. Nie mogę oglądać "Tańca z gwiazdami", bo robi mi się żal Nataszy, którą wszyscy krytykują. I nie powinnam wiedzieć pewnych rzeczy, bo potem światopogląd mi się zawala i nie mogę spać. I muszę czytać baśnie, bo chyba jestem trochę z innego świata i to mi pomaga zachować zdrowe zmysły.

"Świata nie zmienisz"... niestety jestem idealistką. Chyba nigdy się z tego nie wyleczę. Nie twierdzę, że mogę zmienić świat, ale jestem pewna, że mogę zmieniać moją bezpośrednią rzeczywistość na lepsze. I tego będę się trzymać:)

Miłego tygodnia. U mnie będzie sportowo.

A wyjazd integracyjny był cudowny. Cieszę się, że pracuję z takimi fantastycznymi ludźmi, to daje siłę na zmienianie tych małych wszechświatów.

poniedziałek, 12 września 2011

niedziela, 11 września 2011

Sentymentalna podróż w Nieustającą 25kę:)

Minął kolejny rok... Bardzo się cieszę z tego powodu. Jestem mądrzejsza, starsza i na pewno dojrzalsza. Za nic bym tego nie oddała.

Wiele przez ten rok się zmieniło. W sumie nawet nie spodziewałam się tak dużych zmian.

Zmieniłam kolor włosów... chwilowo...
Zmieniłam adres... na stałe...

Na efekty tych zmian patrzę teraz codziennie. W lustrze uśmiecha się do mnie krótkowłosa brunetka. Ale najważniejsze, że to moje lustro. Ważnym faktem jest też to, że się uśmiecha. Tego chciałam najbardziej na świecie. I osiągnęłam cel. Bo jestem niestety strasznie uparta, więc jak coś postanowię to nic mi nie przeszkodzi. Nawet jak wymaga to łez, potu i krwi:) Taki trudny charakter mam.

Jaki był ten rok?

Z pewnością był trudny. Wyrobiłam sobie jeszcze mocniejszy charakter. Było kilka wyzwań, były chwile słabości, była walka ze sobą. W pewnym momencie walczyłam o wszystko. O to, żeby mieć siłę wstać z łóżka i dać sobie radę ze światem, o to, żeby być sobą, o to żeby nie zwariować. W końcu o to, żeby pozostać tą samą osobą, którą w głębi serca zawsze byłam, czyli nastawioną pozytywnie, uśmiechniętą i kochającą wszystkich dookoła małą dziewczynką.
I udało się.
Teraz mogę ze spokojem w głosie powiedzieć, że wygrałam. Poradziłam sobie i dzisiaj z tej okazji mogę wypić szampana.

A piosenką przewodnią na dzisiaj jest...




chyba nikt nie miał wątpliwości, że Myslo rządzi:)

sobota, 10 września 2011

Nieustająca 25 w podróży

Weekend trwa.
Wieczór kameralno-balangowy zaczęłam wieczorem przy wspólnym stole z Przyjaciółmi, a potem zgodnie z planem wybraliśmy się w podróż sentymentalną, aby powspominać jak to było, kiedy na liczniku było... :)

Jakieś wnioski?

nihil novi sub sole

W sumie ludzie imprezują jak imprezowali, ale do knajp wpuszczają coraz młodsze osoby:)



a teraz... niech Nieustająca 25 trwa w ten weekend, a potem wracam do siebie:)

piątek, 9 września 2011

Nieustająca 25...

Zaczęłam obchody Nieustającej 25:)
ano... dzisiaj wieczór pod hasłem...

"Podróże sentymentalne śladami Nieustającej 25, czyli Wrocław by Night"

noc jeszcze młoda, zaczynamy...:)

poniedziałek, 5 września 2011

Trylogia, trio a może troika?

Trzy to magiczna liczba:) wiadomo to nie od dziś... mogę to jedynie potwierdzić.

Bo kto wystąpi w trzecim już filmie korporacyjnym w tym roku?
ha! haha! hahaha!

Normalnie będzie można takie kłizy dzieciom robić:
"Kto wystąpił w 3 filmach korporacyjnych w ciągu jednego roku?"

ha! haha! hahaha!

robi się z tego mini specjalizacja :)

piątek, 2 września 2011

Ktoś Mądry...

Mam to szczęście w życiu, że spotykam Mądrych ludzi. Dzięki nim potrafię często zobaczyć o wiele więcej niż bym mogła.
Ostatnio właśnie w rozmowie ktoś Mądry powiedział mi, że nie można mieć wątpliwości. Że takie rzeczy się po prostu wie.
Że na początku nie można brać pod uwagę żadnych kompromisów.
Tylko wtedy jest to prawdziwe.
Bo pewność daje nam siłę na wytrwanie w swoich postanowieniach w przyszłości.
Dopiero jak to usłyszałam od kogoś Mądrego zrozumiałam, że to prawda.
Nawet jeśli ciężko się z tym pogodzić.
Nawet jeśli chciałabym to wyprzeć z mojej świadomości.
Ten Mądry człowiek mówił też o wzajemnej inspiracji bez której nie ma przyszłości.
I znowu dostałam olśnienia.
Jak dobrze jest spotykać Mądrych na swojej drodze.

poniedziałek, 29 sierpnia 2011

Złote myśli po treningu

...jeśli w ogóle jest to możliwe:)

Ja po treningu zwykle ledwo żyję, ale słuch zwykle mi nie szwankuje i dzisiaj wychodząc z zajęć na siłowni usłyszałam taki tekst:
"No tak, nieźle nas dzisiaj trener przeleciał"
pozostawiam bez komentarza...

Za to później wcale nie było lepiej. Postanowiłam poskarżyć się mojej Mamie jak bardzo dostałam w kość na ćwiczeniach (uwaga... tekst zawiera kolokwializmy, jednak są konieczne, aby odpowiednio zbudować napięcie i nadać wypowiedzi wystarczającą ilość dramatyzmu), a zatem...

ja: Mamusiu, ledwo żyję, nogi mam po prostu w d..ie...
Mama: No Ty się ciesz, że nie pod pachami...

A ja chciałabym się zapytać... po czyjej jesteś stronie? własna MATKA... takie teksty....

niedziela, 28 sierpnia 2011

"Są takie momenty kiedy mnie denerwujesz"

Opowiem Wam o mojej ostatniej wizycie w IKEI. Pojechałam z moimi Rodzicami na zakupy, przy okazji zajrzeliśmy do szwedzkiego przybytku w celu zakupienia stołu. Wynalazłam interesujący mnie obiekt, sprawdziłam lokalizację w magazynie i udaliśmy się tam w poszukiwaniu rzeczonej paczki. Chodząc między regałami szukałam właściwego miejsca a mój Ojciec oddalił się, aby znaleźć specjalny duży wózek do przewiezienia paczki. Chodząc po magazynie w pewnym momencie odwróciłam się i zobaczyłam bardzo ciekawy obrazek. Otóż mój poważny Ojciec (głowa rodziny, prawowity obywatel etc...) jechał w moją stronę stojąc na wózku (wcześniej się rozpędził i wskoczył na tenże wózek) z bardzo uradowaną miną. Kiedy wyhamował w pobliżu mnie i mojej rozbawionej całą sytuacją Mamy (?!?!?!) mogłam to skwitować tylko jednym zdaniem:
"Pamiętasz jak ostatnio rozmawialiśmy, że są momenty kiedy mnie denerwujesz? To właśnie jeden z tych momentów"
Jak dzieci, normalnie jak dzieci...

piątek, 26 sierpnia 2011

Z życia osiedla... czyli dialogi sąsiedzkie:)

Ponieważ mieszkam w nowym miejscu powoli przyzwyczajam się do nowego klimatu, sąsiadów, warunków i zasad...
Ostatnio (a dokładnie po wieczorze z tym słynnym meczem piłki nożnej :)) w nocy ktoś przechodził po moim kochanym i spokojnym (jakby nie było) osiedlu krzycząc bardzo głośno:
"Polskaaa!!! Białooo-Czerwoniii!"
na to po chwili usłyszałam drugi głos (również należący do osobnika przechodzącego po osiedlu), jak się domyślam poruszającego się w tej samej grupie entuzjastycznie nastawionych do świata kibiców:
"Zamknij się! Bo wszystkich obudzisz!!!"

Ja uznałam to za urocze :)
Troska o sąsiadów:)

poniedziałek, 22 sierpnia 2011

Dance with me...

Kolejny tydzień... życie toczy się w zawrotnym tempie. Dzisiaj podczas mojego treningu hasłem dnia było:"po mordzie, za całe zło tego świata"... w sumie całkiem nieźle wyszło, pomijając tradycyjny brak koordynacji, ale tym chyba się już nikt nie przejmuje.

Z okazji tego właśnie zawrotnego tempa z jakim pędzi czas, dzisiaj wieczorem proponuję się pokołysać... :)



miłego wieczoru!

niedziela, 21 sierpnia 2011

W krainie sennych marzeń, imaginacji i koszmarów

Znowu przeżywam wytężony okres snów...

Wczoraj atak zombi, a dzisiaj inwazja wampirów...
Najwyraźniej coś mi siedzi w głowie, tylko jeszcze dokładnie nie wiem co...
Śniło mi się, że byłam na zjeździe rodzinnym. Byliśmy w hotelu, który opisałabym jako miejsce z piosenki The Eagles "Hotel California"... Okazało się, że było tam pełno wampirów! Ogólnie straszliwa rzeź. Brrr...
W pewnym momencie zaczęłam uciekać... biegłam w górę po bardzo krętych schodach, które miały mnie zaprowadzić do pokoju 211, tam czekało na mnie wybawienie...
a z przewodów wentylacyjnych dobiegał głos (niczym z piosenki Michaela Jacksona "Thriller"): "Agnieszko, teraz pora na Ciebie"

Nieźle, co? Ja chyba ostatnio przed czymś uciekam... Podświadomość mi coś wskazuje, a ja nic nie widzę:):):)

piątek, 19 sierpnia 2011

Dookoła świata w 93 sekundy...

Wszyscy gdzieś jeżdżą, podróżują, zwiedzają… Wakacje zdecydowanie sprzyjają takim akcjom… Kocham podróże, właściwie jestem w ciągłej podróży, jeśli nie fizycznie to przynajmniej mentalnie. Ale ostatnio Moje Miejsce Na Ziemi wyraźnie zmieniło mój styl życia. Mój Dom, jak cudownie to brzmi. Jakoś nawet nie mam potrzeby przeglądania ofert wakacyjnych, na urlop świadomie wybrałam się w Karkonosze, a zamiast imprez wolę spotkanie przy drinku w jakimś klubie. Bo po tym drinku mam gdzie wracać. Bo doceniam mój kawałek podłogi, na którym nikt niczego mi nie dyktuje. Moje miejsce gdzie mogę rano napić się kawy na własnym balkonie, a wieczorem poczytać w absolutnej ciszy, obejrzeć wybitnie głupią komedię, zaprosić gości, ugotować coś pysznego, leżeć i wpatrywać się w ścianę, chodzić w samej bieliźnie, albo starym dresie, pić wino, gadać przez telefon do północy, albo położyć się spać o 20. Robić wszystko na co mam ochotę i kiedy tylko chcę przy 100% akceptacji siebie. I chociaż czasami myślę, że fajnie by było wracać do kogoś, to wiem, że tak właśnie miało być. Jestem wdzięczna za wszystkie przeciwności jakie mnie czasami spotykały, bo dzięki temu wiem jak silna jestem. I wiem, że daję sobie świetnie radę i tak będzie zawsze.
Reszta świata się nie liczy kiedy zamykam moje własne drzwi…

niedziela, 14 sierpnia 2011

Dialogi Telefoniczne

Wprowadzenie: rozmowa telefoniczna z Moją Najlepszą Przyjaciółką vel Siostrą, sobotnie przedpołudnie podczas długiego weekendu. Opowieści różnej treści, między innymi o ostatnim wieczornym wyjściu moich najdroższych Przyjaciółek do stołecznych klubów...

(...)
ja: do 7 rano? podziwiam Was... Wy jednak macie zdrowie...
Moja Najlepsza Przyjaciółka: Aga, można mówić wiele, ale z pewnością nie wyglądałyśmy na zdrowe następnego dnia...
(...)

no cóż... ja już nie mam zdrowia na to, żeby wyglądać niezdrowo następnego dnia...

piątek, 12 sierpnia 2011

poniedziałek, 8 sierpnia 2011

Czy ja się zmieniłam?

Chciałabym wierzyć, że na lepsze... ale to chyba nie jest takie proste...

Wróciłam dzisiaj do pracy po urlopie... trochę nieprzytomna, ale zadowolona spędziłam cały dzień... kocham moją pracę, to ciężka i najprawdopodobniej nieuleczalna choroba...

Poza tym zdziczałam. A czasami zachowuję się zupełnie nie "w moim stylu" wobec osób, które naprawdę lubię i szanuję. Dzisiaj mojego braku przytomności doświadczyła przypadkowa ofiara - mój Trener. Aj, źle się zachowuję.

Kolejna sprawa. Ostatnio nie ma Dialogów Rodzinnych. Zdziczałam. Mieszkam sama. To nie tak łatwo o dialogi. A monologi robią się monotematyczne. Uff.

"Trza się wziąć za siebie, moja Panno" - rzekła do siebie i poszła upiec ciasteczka. Chyba jednak pisane mi jest piekarstwo.

czwartek, 4 sierpnia 2011

Takie tam... złote myśli...

"
-Wierzysz w miłość od pierwszego wejrzenia?
-Od pierwszego wejrzenia? To zbyt łatwe... wolę dokładniej się przyjrzeć...
"*


*cytat zasłyszany w jakiejś komedii romantycznej

wtorek, 2 sierpnia 2011

Z pamiętnika Góralki Karkonoskiej, part 3

Jest cudownie.

Pogoda idealna.
Góry wspaniałe.
Wino wytrawne.

Cytat dnia:
"Wchodzę na górę zawsze, tylko czasami wchodzę na dół"*

*kilka drinków i złote myśli same się pojawiają:)

poniedziałek, 1 sierpnia 2011

Z pamiętnika Góralki Karkonoskiej, part 2

Mgliście.
Mam mnóstwo powodów, aby usprawiedliwić moje lenistwo i planuję z nich wszystkich skorzystać.
Poszerzam horyzonty nie tylko lekturą i nadrabianiem zaległości filmowych (chociaż po Nowych Horyzontach nie ma ich tak dużo:)).
Mam regularny fanklub jak się okazuje wśród miejscowych dzieciaków (głównie pochodzenia Romskiego, średnia wieku 3) oraz miejscowych psów i kotów.
Wygląda na to, że do szczęścia wystarczy mi wylegiwanie się na kanapie z dobrą książką.

p.s. Moi Rodzice wciągnęli się totalnie w "Grę o Tron"... moja w tym zasługa, nie ukrywam, ale nie myślałam, że aż tak ich to wkręci:):):)

niedziela, 31 lipca 2011

Z pamiętnika Góralki Karkonoskiej, part 1

Pada.
Jest zimno.
Mgła zasłania wszystko co może być zasłonięte.
Jest pięknie.
Mroczny i romantyczny dzień.
Idealny na przebywanie w Krainie Siedmiu Królestw.

poniedziałek, 25 lipca 2011

Nowe horyzonty, nowe perspektywy, nowe spostrzeżenia i urlop:)

Z aktualności.
Rządzę w mieście z Moją Kochaną Młodzieżą (Bracia i Kochana Kuzyneczka), dołączył do nas mój Przyjaciel ze Szczecina i jest czad. Festiwal, piwko, luz, blues i sjesta. Tak jak na urlopie być powinno.
Nie mam zamiaru się wysilać w tym tygodniu.
Takie mam ambitne plany.
Dobre książki, dobre filmy i dobre trunki.
Trzeba znać swoje możliwości i oczekiwania.

Z rozmyślań przy popołudniowej kawie.
Pod wpływem mojej ostatniej małej obsesji (no kto ich nie ma:)?), czyli serialu "Gra o Tron" jestem zafascynowana światem fantastycznym wg George'a Martina i jego archaicznymi prawami. Po pierwsze świat przedstawiony jest niesamowicie plastyczny, postaci wyraziste, kobiety piękne, mądre, okrutne... mężczyźni honorowi, odważni, oddani i męscy...
Ach... gdzie te romanse w dzisiejszym świecie? Czy ktoś byłby w stanie umrzeć za sprawę, w imię honoru? Czy potrafilibyśmy umrzeć z miłości? Lub w imię miłości?
Po raz kolejny rysuje mi się wizja współczesnego świata... niczym z mikrofalówki... Romans nie istnieje... teraz relacje są oczywiste, bez szczypty romantyzmu i chęci poświęcenia... powinno być szybko, najlepiej bezproblemowo... takie uczucia z knajpy fast food. Tu i teraz.
A co z romansami...? co z oczekiwaniem, poświęcaniem się, niecierpliwością i... tęsknotą? Czy my potrafimy w dobie komórek i internetu prawdziwie za kimś zatęsknić? Może powinniśmy się tego nauczyć będąc z kimś? Wg mnie bez tęsknoty nie ma prawdziwych uczuć, romans nie istnieje. Po pustych szybkich relacjach pozostaje odczucie podobne do tego po zjedzeniu obiadu w barze szybkiej obsługi... Chwilowe zadowolenie, natychmiastowe zaspokojenie potrzeb i ostateczne wyrzuty sumienia po śmieciowym jedzeniu...

środa, 20 lipca 2011

Była Sobie Dziewczyna.

Zakochałam się... kocham moje mieszkanie, jest cudowne.
Uwielbiam moje życie.
Ubóstwiam moją pracę.

Co prawda wiele rzeczy jest innych niż wcześniej planowałam. Kolejny raz przekonałam się, że nie można niestety wszystkiego przewidzieć (a szkoda:)).
Mówię tu o sprawach poważnych, ale również o drobiazgach dnia codziennego.

Jako przykład mogę podać moje najcudowniejsze na świecie mieszkanie, które miało być moją samotnią, tymczasem jest domem otwartym dla wszystkich:)
(jak się okazuje nikt nie miał co do tego wątpliwości).
A zatem od dwóch tygodni codziennie przyjmuję gości i na tym jeszcze nie koniec:):):)

piątek, 8 lipca 2011

Z Castoramą za pan brat

Markety remontowe nie mają dla mnie tajemnic...
Jutro malowanie, a jeszcze w tym tygodniu ostateczna przeprowadzka. Koniec życia na kartonach i nieustannego bałaganu.
Cieszę się ogromnie chociaż już ledwo żyję...

środa, 6 lipca 2011

Biurokrakcja, demokracja i emancypacja

Zmęczenie sięgnęło zenitu, ale uśmiech nie schodzi mi z twarzy.
Dzisiaj walczyłam z dorosłością... zmieniałam dokumenty, rejestrowałam liczniki i podpisywałam umowy. To wszystko jest straszne. Chyba usiadłabym i płakała gdyby nie wsparcie moich Rodziców. Poświęcili cały dzień, żeby mi pomóc i dzielnie towarzyszyli w moich potyczkach z biurokratyczną stroną życia.
Ogólnie plan wykonany. Nawet z nadwyżką.
Do tego mnóstwo rzeczy trzeba mieć w domu... Jakaś masakra. Ładując kolejne przedmioty do wózka w IKEI znowu płakać mi się chciało nad moim losem. Wracam na swoje. Teraz już na stałe. I od nowa muszę kompletować różne przedmioty. Bo trzeba coś ugotować czy upiec. Lubię to i nie mam zamiaru z tego rezygnować:)
Relacja z remontu na bieżąco.
Obiecuję.
Jestem najszczęśliwszą osobą na świecie:)
I nikt i nic mi tej radości nie odbierze.

niedziela, 26 czerwca 2011

Długi weekend, bardzo długi wypoczynek:)

Luz, blues, w niebie same dziury.
Spędziłam cudowny weekend, na którym nawet się trochę oderwałam od codzienności... Wyjazd w Karkonosze dobrze mi zrobił, spędziłam świetny czas z moją kochaną Rodziną.

Z wniosków poweekendowych...

...Dodaję do ulubionych zajęć jazdę samochodem po górskich drogach słuchając arii operowych (przeżycie prawie metafizyczne:))...
...Jestem szczęśliwą osobą! Mam wspaniałą Rodzinę, świetną pracę, piękne mieszkanie... czy potrzeba mi czegoś jeszcze? Nie... chyba, że 30-letniego Strażaka... :):):)

Tym sposobem idę trochę poodpoczywać po wyjeździe:)
Z nowymi siłami wkraczam w nowy tydzień, w końcu to nowe wyzwania!

czwartek, 23 czerwca 2011

Pokonując własne granice wytrzymałości i tonąc w ciężkich myślach

Dzień odpoczynku, chwilowego zatrzymania... dzień przeznaczony na refleksję i chwila na religijny przystanek w pędzie codzienności.
Obejrzałam dzisiaj film "Biała sukienka". Według mnie jest to jeden z najlepszych polskich filmów.
Lektura obowiązkowa.
I chociaż widziałam go już kilka razy... kolejny raz nie mogę się po nim pozbierać. Zrobił na mnie ponownie ogromne wrażenie.
I znowu zasmucił mnie obraz NAS...
Katolików...
Ateistów...
Polaków...
Zagubionych, opuszczonych, stojących gdzieś między realizmem, romantyzmem, krytycyzmem i tradycją...

Ilu z Nas ma odwagę powiedzieć głośno - "jestem Katolikiem"?
Ilu potrafi dodać: "jestem Patriotą" ?
Ilu będzie z tego dumnych...

Ja jestem pewna swoich poglądów. Nie boję się krytyki. Chociaż czasami z dużą rezygnacją obserwuję reakcje innych na moją postawę.

niedziela, 19 czerwca 2011

Cuda we Wrocławiu, albo poważna kontuzja komórek mózgowych

Przeżyłam ciężki tydzień, ale dalej chce mi się spać...
Napisałam kilka egzaminów, ale jakoś nie czuję się mądrzejsza...
A tak w ogóle to zapadłam w jakiś dziwny stan marazmu, prawie hibernacji...
Popijając gazowaną wodę mineralną (miałam wprowadzać do mojego życia jakieś zmiany, żeby nie było takie nudne - zaczęłam od kupienia truskawkowej zamiast miętowej gumy do żucia i postanowiłam pić wodę z bąbelkami... niezły spontan jak na jeden weekend:)) zastanawiam się dlaczego taki stan mnie dopadł.
Czy faktycznie brakuje mi wrażeń?
Może to jest pora na skok na spadochronie, wyjazd wspinaczkowy do Rumunii lub udział w nielegalnych wyścigach samochodowych?
A może to zwykłe przemęczenie?
Muszę opracować plan renowacji (co ja mam z tym planowaniem?), zwizualizować kilka ważnych elementów życiowych i w końcu się obudzić.

No to do dzieła... Ziewając zapowiadam moje tradycyjne:

"Nowy tydzień, nowe wyzwania"

i idę spać... wcale nie jest za wcześnie:)

czwartek, 16 czerwca 2011

Między ciszą a ciszą...

Dzisiaj dzień na regenerację sił, na powrót do formy będę potrzebowała trochę czasu.

Wygląda na to, że oprócz mojego miejsca na Ziemi w postaci mieszkania znalezionego kilka miesięcy temu (które było miłością od pierwszego wejrzenia) niedługo znajdę kolejne miejsce na Ziemi. Trochę w innym tego słowa znaczeniu, ale wszystko powoli zaczyna się układać:)

poniedziałek, 13 czerwca 2011

Złote myśli o szaleństwie...

Znowu zbliżyłam się do apogeum szaleństwa...
W sumie może to nie jest takie złe?
Dla mnie nie, niestety moje otoczenie przeżywa ciężkie chwile...
Jedni woleliby nie pamiętać, inni wolą jak wcześniej wyjdę, jeszcze inni się martwią...

A ja dzisiaj przeszłam osobiście cały wachlarz emocji...
Od czarnej rozpaczy związanej z aspektami życiowymi, na które nie mam wpływu, przez głęboką melancholię i poczucie bezsensu, następnie słodką euforię związaną z moją prywatną podłogą, aż po absolutną radość, w którą wprawiła mnie perspektywa schowania stresów do szafy:)

A tak serio to jestem zmęczona, ten tydzień będzie krytyczny.
Planuję go przespać.
Czekam na lipiec jak na zbawienie.

piątek, 10 czerwca 2011

Życie to podróż z samochodem prędkością 120km/h po górskich drogach

Życie to zdecydowanie podróż. Dla niektórych to spokojny rejs po morzu śródziemnym, dla innych autostopowa improwizacja po europejskich trasach, a dla mnie to podróż samochodem po górskich drogach z prędkością 120km/h.
Jest bardzo szybko i intensywnie, czasami można się spocić, adrenalina wzrasta do granic wytrzymałości, ale po każdym zakręcie pojawia się jest też satysfakcja... udało się przeżyć:)
Zbieram doświadczenia, uczę się na błędach, wiem, że robię postępy i chcę więcej. Wiem, że nie zawiodę osób, które mi ufają.
Wiem, że nie boję się wyzwań i ciężkiej pracy.
Wiem, że życie wymaga cierpliwości i pokory.
Tyle wiem, a to tak niewiele.

Zmęczenie sięga zenitu. Pocieszam się perspektywą lipca. Lato w mieście. Praca, obowiązki i festiwal Nowe Horyzonty. Może chociaż na chwilę uda mi się przystopować. Przystań mam. Teraz muszę tylko ją urządzić i oswoić.

Ewolucja trwa. W głowie i w otoczeniu.

sobota, 4 czerwca 2011

Po przerwie, po zmianach, po przemyśleniach...

Wracam...

Miałam chwilę zawahania.
Już chciałam nacisnąć "usuń".
W świecie wirtualnym jest to bardzo proste. Bez konsekwencji, jak cały współczesny świat. Przecież potem zawsze można wybrać opcję "utwórz bloga". Zacząć wszystko od nowa. Z czystym kontem, nowymi możliwościami i bez żadnej odpowiedzialności.
Ale czy na pewno?
Czy to jest takie łatwe?
Poza tym, czy jest to miarą prawdziwej dojrzałości?
Po prostu uciec od faktów i zacząć wszystko jeszcze raz?
Czasami faktycznie tabula rasa jest potrzebna (dla zachowania zdrowych zmysłów), ale ja nie lubię chodzić na łatwiznę, to zdecydowanie nie w moim stylu.

Dlatego wróciłam.

Bo kocham pisać.
Bo nie chcę przekreślać tego co było.
Bo przeszłość mnie ukształtowała.
Bo wiem, że potrafię stawić czoła przeciwnościom.
Bo tu i teraz odpowiadam za moją przyszłość.

Przyszedł czas ciężkiej pracy, dorosłych problemów i odpowiedzialności.
Takie jest życie.
Nie boję się tego.
Przynajmniej się staram.

Przykro mi...
Że pewne rzeczy w moim życiu nie ułożyły się inaczej.
Że potrafiłam ranić innych, czasami nawet nie zdając sobie z tego sprawy.
Że było to takie łatwe kiedyś...
Że nie potrafię inaczej powiedzieć "przepraszam", chociaż wielokrotnie chciałam zadzwonić i to powiedzieć...

Teraz nauczyłam się siebie.
Nadal się uczę. I chcę się poprawić. Wiem, że dam radę.
Jestem już dorosła.

wtorek, 17 maja 2011

Zielone szpilki, rosyjskie słówka, literackie anioły i skuteczne omijanie powołania...

Dzisiaj marzę o zielonych szpilkach, w których będę paradowała w lecie po mieście. Dzisiaj powtarzam rosyjskie słówka, mimo obojętności mojego rodzeństwa i siedzę w literacko-anielskim świecie, który nie jest wcale delikatny, ani spokojny.
Do tego oficjalnie mijam się najwyraźniej z powołaniem (tylko w mojej lotniczej przygodzie mogłam je rozwijać:)), bo najlepiej w życiu wychodzi mi robienie drinków:) i czasami kawy:)

miłego wieczoru Misie!

środa, 11 maja 2011

Nieoczekiwana zmiana płci i poszukiwania prawdziwych Strażaków...

Ostatnio świat zmienia się w tempie kliknięcia. Zmienia się technika, motoryzacja, różnorodność statusów w związkach oraz poziom hormonów.
A co z konserwatystami takimi jak ja?
Czy jest nadzieja na odnalezienie siebie w tym całym bałaganie?
Zacznijmy od tego, że nienawidzę określenia "singiel".
Chyba już wolę być "starą panną". Zresztą to określenie bardziej do mnie pasuje. Bo bliżej mi do samotnej kobiety, która po cichu wzdycha za wielką miłością, a oficjalnie jest wredną babą, z którą ciężko wytrzymać, niż do wyzwolonej i otwartej na świat yuppie w modnych butach.
Taka jest prawda. Jestem konserwatystką, mam ścisłe zasady, których nie mam zamiaru łamać. Niech inni robią co chcą, ja zamiast niszczyć siebie w byciu z kimś przeciętnym, wolę być sama. Bo niestety problem jest bardziej złożony. I nie opiera się jedynie na przeciętności.
Bowiem mężczyźni są obecnie wygodni i zniewieściali. Jeśli coś nie idzie po ich myśli po prostu się wycofują. Po co się męczyć. Przecież jest pełno pustych lal, które wybaczą każdą rzecz byle tylko mieć kogoś. Więc jeśli ktoś tylko podniesie poprzeczkę lub jeśli pojawi się jakiś problem... wolą zrezygnować.
Bo tak jest łatwiej.
Bo teraz życie jest łatwe.
Bez zasad, bez religii i bez wyzwań.
Wszystko na wyciągnięcie ręki jak limit na karcie kredytowej, którą może mieć każdy. Żałosne, smutne i dołujące w podsumowaniu.
Czy jesteśmy skazane na związki z facetami zniewieściałymi?
Takimi, którzy nie potrafią lub boją się podejmować decyzje?
Gdzie ci silni, odważni, męscy, opiekuńczy i mądrzy mężczyźni, którzy będą potrafili zapewnić kobietom bezpieczeństwo i stabilizację?
Gdzie są prawdziwi "Strażacy"*?
Najwyraźniej zaniknęli gdzieś w trakcie postępu technologicznego razem z kasetami magnetofonowymi...
Ewolucja zdegradowała ich do miejskiej legendy.

*właśnie "Strażak" jest dla mnie synonimem ideału mężczyzny - silnego, odważnego, mądrego i opiekuńczego... taki Strażak jest niczym Han Solo... chyba nikt nie ma co do tego wątpliwości :)

niedziela, 8 maja 2011

Jack Daniel's i kratery w pamięci...

No cóż. Ostatnio u mnie niewiele się dzieje. Rzadko wychodzę na imprezy.
Dlatego wczoraj, aby zmienić moją passę wybrałam się na urodzinowo-parapetówkową imprezę Przyjaciela F. pod patronatem whiskey z Tennessee.
Nie będę się zagłębiała w szczegóły, bo sama ich nie znam, po prostu przytoczę rozmowę, którą odbyłam wczoraj przez telefon z moimi Przyjaciółkami ze Stolicy (chwała ich cierpliwości:))*.

(...)
ja: Idę już z tej imprezy, idę, bo jestem zmęczona, poza tym jutro idę na basen rano, na 6.
AMK: Idziesz na basen na 6?!
ja: Idę na basen na 7.
AMK: To zadzwoń rano o 6 jak się obudzisz.
ja: Nie mogę, bo idę na basen.
AMK: Ale na 7.
ja: Nie, na 10.
AMK: ??? na 10?! myślałam, że na 7? To zadzwoń o 11.
ja: Nie, bo będę na basenie.
AMK: O 11?
ja: Nie, o 8.
(...)

* relacja z tzw. drugiej ręki, a dokładnie z dzisiejszej rozmowy telefonicznej.

niedziela, 1 maja 2011

Cytat tygodnia...

... na który natknęłam się ostatnio przy lekturze jakoś przyczepił się do mnie i nie mogłam wyrzucić go z głowy:

"Nie zawracałem sobie głowy wypatrywaniem tych, którzy chcieliby ze mną porozmawiać. Jeśli byli warci mojej uwagi, sami mnie znajdą"*

Ponieważ w pełni się z nim zgadzam wygląda na to, że osiągnęłam kolejny etap mojej aspołeczności... może powinnam podpisywać się "aspołeczna"?
W imię rozwoju osobowości oczywiście... :)

* "Szaleństwo Aniołów" K. Griffin

czwartek, 28 kwietnia 2011

Moja kariera filmowa nabrała tempa...

Jak się okazało dzisiaj miałam okazję wystąpić w moim pierwszym epizodzie filmowym. Serio.
Z całą ekipą filmową.
Z reżyserem.
Kamerzystami.
Dźwiękowcem.
Oświetleniowcem.
I makijażystką.

Po kilku powtórkach, kiedy wygłaszałam moją krótką, aczkolwiek poważną i dramatyczną rolę nagle podjechał do mnie mikrofon (tu muszę wytłumaczyć, że mikrofon wyglądał bardzo specyficznie - jak zwierzak, szary z długą sierścią. Serio).

I kiedy ten mikrofon podjechał do mnie dostałam ataku śmiechu i śmiejąc się nadal przepraszałam zmęczoną ekipę... W sumie wszyscy zaczęli się śmiać, oprócz dźwiękowca, który wiedział, że jest sprawcą zaistniałej sytuacji i chcąc załagodzić wydarzenie powiedział:
"Pani się oswoi z kotkiem".
Serio.

Nie muszę chyba mówić jaką reakcję wywołało u mnie takie stwierdzenie...

środa, 27 kwietnia 2011

A gdyby to była prawda?

Ostatnio przytrafiło mi się kilka rozmów na temat mojego "statusu".
Nie ukrywam, że jest mi dobrze w moim staropanieństwie. Nawet bardzo dobrze.
Obserwując dookoła mnie średnie relacje, wymuszone zobowiązania i odgrzewane uczucia coraz częściej zastanawiam się czy nie jestem w jedynym słusznym stanie cywilnym.

Ktoś ostatnio zadał mi pytanie - czy byłaś kiedyś zakochana?
Zawahałam się... Ale odpowiedziałam twierdząco... Przecież byłam zakochana... No musiałam być... przecież w tym wieku każdy był chociaż raz zakochany...
Zaczęłam się nad tym zastanawiać. Myślałam nad moimi poprzednimi relacjami. Tak... nawet z perspektywy ciężko to nazwać związkami czy miłościami. To były po prostu relacje. Jak każde inne. Lepsze lub gorsze. Były i minęły. Po dłuższym przemyśleniu sprawy muszę z bólem serca stwierdzić, że nigdy nie byłam zakochana.
Chociaż zawsze chciałam.
Jakoś się nie złożyło.
Bo co to takiego, to całe zakochanie? Czy faktycznie istnieje?
Czy może znowu daliśmy się nabrać na komercyjno-uczuciową papkę, która maluje nam obraz zakochania jako połączenia stanu, który się uzyskuje po czekoladowym deserze i zakupach u jubilera?

Zastanów się... Czy Ty byłeś kiedyś zakochany?

niedziela, 17 kwietnia 2011

Rodziny się nie wybiera, czyli Zjazd Rodzinny na miarę :)

Miałam dzisiaj okazję uczestniczyć w zjeździe mojej Rodziny "we włoskim stylu" (czyt. głośnej i dużej). Zjazd, jak już wspominałam, odbył się z okazji 90-tki mojej Cioci. I tak z różnych stron Polski zjechały się samochody rodzinne w wielkopolskie okolice. Ja miałam przyjemność podróżować w samochodzie z moimi Rodzicami oraz Wujkiem-Stryjkiem B. i Ciocią H. To musiało oznaczać ciekawie spędzoną podróż (w obie strony). I tak zanim wyjechaliśmy z Wrocławia Wujek-Stryjek oznajmił nam jaki quest został przewidziany na podróż. Z powszechnie znanym wszystkim i niewątpliwym urokiem osobistym, kiedy w samochodzie urządziłyśmy sobie babskie pogaduchy z Mamą i Ciocią stwierdził: "Zamknąć się i szukać Biedronek". Bo zadanie polegało na znalezieniu ściśle określonej marki wina w ściśle określonym sklepie, sklepie znanym wszystkim Polakom - w Biedronce. A zatem w podróży na rodzinny zjazd "chcąc-niechcąc" odwiedziliśmy 6 tych sklepów.

Kiedy dotarliśmy na miejsce i wszyscy grzecznie ustawili się do składania życzeń, Szanowna Jubilatka zabrała głos i okazało się, że pomimo dostojnego wieku i doniosłości wydarzenia nie straciła poczucia humoru i dystansu do świata mówiąc z błyskiem w oku:
"Tylko błagam, nie życzcie mi setki, bo osobiście mam już tego dość!"
... jakby to określić... nastała taka niezręczna cisza...

Podróż powrotna przebiegała w bardzo specyficznym nastroju. Czułam się jakbym jechała w samochodzie z grupą pięciolatków, tylko takich, które znają się na polityce i mają bardzo rozwinięty zasób słownictwa. Żeby postawić Was w mojej sytuacji podkreślę, że to ja prowadziłam. Po wyruszeniu na trasę męska część moich milusińskich wyciągnęła po tzw. "szczeniaczku" i po skonsumowaniu płynów usłyszałam:
"No Agnieszka, teraz możesz przyspieszyć".

W trakcie podróży musiałam co jakiś czas zagadywać pasażerów, bo pięciolatki były dosyć nieznośne. A zatem:
ja: posłuchajcie, jaka ładna piosenka...
"co za głupie radio"
ja: zobaczcie jaki piękny zachód Słońca...
"widziałem ładniejsze"

"jakby one chciały siku, to ja też reflektuję"

ja: dobra, umówmy się tak, jak będziecie źli, zmęczeni, znudzeni to powiecie "pucio, pucio"...
a więc usłyszałam:
"pucio, pucio"
"pucio, pucio"
"pucio, pucio"
"gówno mnie to obchodzi... pucio, pucio"

ja: zobaczcie jakie piękne Słońce!
"pięknie"
"jakie wielkie"
"takie czerwone, to chyba na wiatr"
"a to Słońce czy Księżyc?"

Nawiązując do questa biedronkowego, kiedy wjechaliśmy do Krotoszyna mój Ojciec stwierdził: "No Antulski, tu zaliczyłeś swoją pierwszą Biedronkę".

(...)"Czemu ona nie wyprzedza",
a ja na to: "ona nie wyprzedza, bo jest podwójna ciągła"
a po chwili milczenia usłyszałam:
"Wyprzedź tego ch..., bo mnie denerwuje"

W jednej z miejscowości z powodu braku odpowiedniego oznakowania na drodze nie wiedziałam jak jechać, więc rzuciłam pytanie:
ja: a jak teraz? ktoś wie?
w wszyscy pasażerowie równocześnie, ale każdy z osobna rzucił:
"w prawo"
"prosto"
"w prawo"
"w lewo"
ja: stop, zdecydujcie się, uzgodnijcie wspólną wersję...
a na to usłyszałam:
"w lewo"
"w prawo"
"prosto"
"w lewo"
ja: cudnie, na Was to mogę liczyć.

Rodziny się nie wybiera, ale Rodzinę trzeba kochać:)
Szczególnie za takie dni:)

sobota, 16 kwietnia 2011

Samotność w sieci, czyli współczesność

Mam coraz mniej czasu. Obawiam się, że jest to jakiś brutalny spisek wszechświata przeciwko mnie. Trudno.

Jutro jadę na 90. urodziny. Sprawa poważna i dosyć oryginalna. Sporo przemyśleń się pojawia w takich okolicznościach. Ale o tym wkrótce.

Ostatnio usłyszałam wspaniałe Prawo Murphy'ego:
"Jeżeli uważasz, że wszystko jest w porządku... to pewnie coś przeoczyłeś"

Bolesne, ale prawdziwe...

Miłego weekendu życzę i do następnego:)

niedziela, 10 kwietnia 2011

Z rozmyślań przy śniadaniu...

Właśnie przy śniadaniu dopadł mnie dzisiaj refleksyjny nastrój. Bo dzisiaj różne myśli przepływają mi po głowie. Z wielu powodów. Przypomniałam sobie jak wyglądał mój poranek dokładnie rok temu. Przypomniało mi się, że byłam wtedy inną osobą.

To kolejny moment podczas tego weekendu kiedy uświadomiłam sobie jak bardzo się zmieniłam przez ostatni rok.

Ostatnio byłam na spotkaniu ze znajomymi, z którymi spotykam się dosyć rzadko. Ponieważ widziałam się z większością tych osób jakieś pół roku temu miałam sporo zaległości. I tak rozmawiając z kilkunastoma osobami, z jednymi dłużej, z innymi krócej, po typowych kurtuazyjnych pytaniach w stylu: "Co słychać?" i wymianie standardowych uprzejmości, padało pytanie "jak w pracy?", które było tylko grą wstępną do sakramentalnego "a jak twoje sprawy sercowe?".

Moje wnioski po tym wieczorze są co najmniej ciekawe. Jak odpowiadałam, że mam wspaniałą pracę i bardzo dobrze jest mi w niej to widziałam na twarzach moich rozmówców niedowierzanie i lekki dystans do tego co mówiłam.
Czy naprawdę jesteśmy tak nieszczęśliwi w naszej rzeczywistości, że zadowolenie z pracy jest czymś niemożliwym? Czy musimy czuć się stłamszeni i niezadowoleni? Czy wtedy jest to sytuacja normalna i dopuszczalna?
Jeśli tak, to jestem wyjątkiem i dziwolągiem, bo jestem zadowolona i usatysfakcjonowana moją pracą. Trudno.

Druga sprawa, która dała mi powód do zatrzymania się na chwilę to pytanie o związki. Reakcje, które obserwowałam były różne, ale zwykle widziałam na twarzach współczucie, a jak mówiłam, że dobrze mi samej następowało przytakiwanie i próba pocieszenia mnie (zwykle tekstem - z pewnością kogoś sobie znajdziesz). Jak widać w naszym sposobie postrzegania innych partner lub partnerka jest naszym dopełnieniem i definiuje nas.
Czy naprawdę? Czy żeby być szczęśliwymi musimy z kimś być?
Najwyraźniej w świadomości ogółu społeczeństwa tak jest. I tu znowu będę wyjątkiem. Jestem sama ponieważ tak właśnie wybrałam. Świadomie i ze zrozumieniem konsekwencji jakie są z tym związane. Co więcej jest mi z tym dobrze.
Przecież tak łatwo się rozdrabniać w różnych relacjach. W imię czego? Wizerunku społecznego? A może niewyróżniania się z tłumu? Trudno. Mój wizerunek jest najwyraźniej w opłakanym stanie, ale za to u mnie wszystko w porządku. Lepiej jeszcze do tej pory nie było. I wcale nie interesuje mnie to, że niewiele osób w to wierzy. Bo dla mnie ważne jest to, co czuję ja.

sobota, 9 kwietnia 2011

Najgorszy Podryw DEKADY...

Wprowadzenie: późne godziny nocne, drinkowo-muzyczny nastrój piątkowego wieczoru.
Miejsce: subiektywnie najlepszy klub w mieście MAŃANA.
Samopoczucie: po 4 kawach i 2 RedBullach walka ze zmęczeniem przybrała formę obojętności i totalnego dystansu do otaczającej mnie rzeczywistości, do tego nastał taki moment wieczoru, kiedy czułam, że zaraz przekroczę nieprzekraczalną granicę bycia zbyt trzeźwą do otaczającego mnie towarzystwa. Poza tym, że byłam zmęczona całym tygodniem, coraz bardziej męczyło mnie odprawianie delikwentów, którzy chcieli koniecznie kogoś poznać, ale pod wpływem dużej ilości %%% nie widzieli, że definitywnie nie będę to ja.

I wtedy właśnie pojawił się pewien osobnik, który zasłużył na zdobycie wyróżnienia w kategorii Najgorszy Podryw DEKADY. Oto zwycięski tekst:

"Porozmawiaj ze mną, bo mi się nudzi"

Przyznajcie, że tytuł jest w pełni zasłużony.

niedziela, 27 marca 2011

Wegetacja czy Inspiracja?

Dorosłe życie z jednej strony jest przereklamowane, a z drugiej ma mnóstwo niepodważalnych zalet, których nie sposób przecenić.
Chociaż ostatnio dostrzegam ten przereklamowany aspekt, to powoli zaczynam się w tym wszystkim odnajdywać. I w sumie spędziłam świetny weekend, po prostu idealny po bardzo zabieganym tygodniu, zakończony uroczo beztroską wegetacją w niedzielnym klimacie.

A teraz nastawiam się psychicznie na nowy tydzień pełen wyzwań, będzie jeszcze bardziej aktywny niż zwykle - bo oprócz nowych wyzwań w pracy czeka mnie kolejny krok życiowy, a koniec tygodnia to Warszawa w klimacie szkoleniowo-negocjacyjno-babskim.

Nie mogę się doczekać :)

sobota, 19 marca 2011

Dialogi Rodzinne

No cóż... to już drugi pod rząd weekend w rodzinnym gronie, co oznacza 2 dniową imprezę. Przyjechała Rodzina z dalekich stron, są urodziny Mojej Mamy, ogólnie w domu jest tłum ludzi, mnóstwo dzieciaków, mnóstwo jedzenia, rozmów, wspomnień i przytulania.
Kocham ich. Jest też mnóstwo ciekawych dialogów, które może uda mi się ładnie jutro pozbierać... a dzisiaj na szybko krótki dialog młodszej części Rodziny.
Wprowadzenie: małe dialogi pomiędzy różnymi osobami, Najlepszy Przyjaciel Mojego Brata P. i Synek Mojej Matki Chrzestnej (lat 6.) rozmawiają na schodach:
(...)
Najlepszy Przyjaciel Mojego Brata P.: No udało Ci się Mały z tym...
Synek Mojej Matki Chrzestnej (z bardzo poważną miną): Nie jestem MAŁY, jestem NISKI...
Najlepszy Przyjaciel Mojego Brata P.: No... Młody... nieźle powiedziane... już Cię lubię... w sumie ja też jestem niski jak na swój wiek...


Uwielbiam takie rodzinne kwiatki:)

środa, 16 marca 2011

"Nocnym pociągiem aż do końca świata"*

Dopadła mnie dorosłość, a może to przesilenie wiosenne?
Świat ogarnia chaos, a psychoza "końca świata" postępuje niczym epidemia jakiejś egzotycznej choroby...
A co by było gdyby świat się naprawdę skończył?
Zastanawialiście się nad tym?
Mój osobisty rachunek sumienia nie wygląda zbyt dobrze...
Tyle jeszcze rzeczy pozostaje niedokończonych, a nawet nie rozpoczętych... tych całkiem prozaicznych, codziennych i tych bardziej spektakularnych.
Czasami zabawnych, a czasami zupełnie poważnych.
I co?
Wszystko ot, tak po prostu się skończy?
W sumie przecież może się to zdarzyć w każdym momencie. Każdemu z nas. Nie tylko w skali globalnej. Dramatycznie to brzmi, ale ostatecznie i tak zostanie z nas pył...
I idąc dalej w mój apokaliptyczny nastrój...
Czy ktoś w ogóle zauważyłby moje zniknięcie?
To chyba tylko oszukiwanie siebie, to przecież egoizm tak myśleć.

Nie pozostaje nic innego jak żyć teraźniejszością, być sobą i zawsze dawać z siebie wszystko.

Wracam do lektury, słuchania Myslovitz i czekania na wiosnę...


*by Myslovitz

poniedziałek, 14 marca 2011

Cytat tygodnia

Od poniedziałku jedziemy po bandzie...

"No proszę, Moja Siostra wyprowadza się szybciej niż ja... tego się nie spodziewałem"*


*by Szanowny Brat P.

Cóż, nie ma to jak wiara w Rodzeństwo...

niedziela, 13 marca 2011

Wkrótce wiosna, nowe życie i nowe wyzwania

Czas mija nieubłaganie. Mam na głowie milion różnych spraw i 7 milionów myśli w głowie. Dzisiaj idąc po ulicy w powietrzu czułam wiosnę. W końcu:)

Poza tym najbliższe tygodnie u mnie zapowiadają się równie intensywne co ostatnie dni. I dobrze. Bo chcę tych zmian i nowych wyzwań, które mnie czekają. W sumie już nie mogę się doczekać.

A weekend u mnie jak zawsze intensywny.
Spotkania ze znajomymi (bo się ostatnio opuściłam w życiu towarzyskim),
rodziną (jakiś zjazd rodzinny się zrobił w ostatnich dniach),
kino (najnowszy film Allena złapany w biegu i oceniony na plus),
nauka (znowu jakieś egzaminy, co uważam za jawną przesadę),
zakupy (mam obsesję na punkcie wybierania naczyń ostatnio)...
co jeszcze...
w końcu wybieram się na "Małe zbrodnie małżeńskie"!
I będę się dobrze bawić:)

wtorek, 8 marca 2011

Dialog Tygodnia

Wprowadzenie: zmagam się z moją dorosłością i zakupem mieszkania. Mnóstwo formalności, ale jestem dzielna. Jak się zaraz przekonacie różnie to bywa z tą "dzielnością". A dzisiejszy dzień spędziłam na wypisywaniu różnych wniosków formalnych i bardzo poważnych w efekcie.
Osoby: Doradca finansowy, który znosi moje wszystkie wybryki, zwany potocznie "Doradcą" i "moi" we własnej osobie.
Doradca (po 2 godzinach wypisywania wniosków z litością w głosie): Pani Agnieszko, może coś do picia? Widzę, że jest już Pani zmęczona...
ja: proszę się mną nie przejmować, twarda ze mnie sztuka, nie takie rzeczy...
Doradca: Ale Pani Agnieszko, jeśli ten kredyt ma Panią doprowadzić do takiego stanu to ja nie chcę brać w tym udziału i nie będę Pani pomagał...
ja: Panie Doradco, proszę się mną nie przejmować, jak mi Pan załatwi te wszystkie formalności to ja Pana zdjęcie postawię u mnie w domu!
Doradca: ???
ja: serio, postawię sobie Pana zdjęcie w moim nowym domu! Na honorowym miejscu!
Doradca: I co, ma Pani zamiar jak ktoś zapyta mówić, że na zdjęciu to Pani Doradca Finansowy?
ja: nie... będę mówiła, że to mężczyzna, który mnie uszczęśliwił!

Śmialiśmy się chyba 10 minut z tego tekstu. A ja muszę zacząć kontrolować to co mówię... już na serio :)

Feminizm po pensjonarsku i goździkowe natchnienie

Dzisiaj jest Święto Kobiet.

Nasze święto, Drogie Panie.

Święto tych wszystkich...
Pięknych, mądrych, pracowitych, wytrwałych, silnych i niezależnych Kobiet. Pracujących i wychowujących dzieci. Blondynek, Rudych i Brunetek. Kochających romanse i tych, które wolą fantastykę. Tych, które są Mamami i tych, które robią karierę. Romantyczek i realistek. Wysportowanych i tych, które wolą spacery. Wysokich i niskich. Roztrzepanych i poukładanych do granic możliwości.

Nasz Dzień.


I z okazji tego Dnia w ramach życzeń zacytuję piosenkę:

"To really love a woman
To understand her - you gotta know her deep inside
Hear every thought - see every dream
N' give her wings - when she wants to fly"*

Bo życzę Wam, żeby każda z Was miała koło siebie Mężczyznę, który będzie tak rozumiał definicję miłości i będziecie dla Niego najważniejsze:)


*Bryan Adams - "Have you ever really loved a women"

niedziela, 6 marca 2011

Ja być chyba dorosła, czyli dopadła mnie rzeczywistość...

Dorosłość. Odpowiedzialność. Powaga.
Myślę, że niedługo oszaleję tak do końca, na amen, finito będzie... i już.

Póki co staram się jakoś sobie z tym radzić. Czytam, marudzę, oglądam TV. Nudy. Wspierał mnie wczoraj Książę Persji, prawdziwy facet z niego jednak:)

A dzisiaj po prostu niedziela. Na całego:)

czwartek, 3 marca 2011

Jak pączek w maśle, czyli pączki z nadzieniem z róży i sprawy beznadziejne...

Wiele spraw się ostatnio rozwiązuje. Pomyślnie. Wspaniale. Tak jak powinny.
Powoli odnajduję moje miejsce na Ziemi. I układam sobie wszystko tak jak chcę. Niektórzy mi w tym bardzo pomagają, inni przeszkadzają, ale szczerze mówiąc jestem zdeterminowana i raczej nie dam się tak łatwo zmylić.
Dlatego powiem otwarcie. Niech moc będzie ze mną i przypieczętuję to stwierdzenie zagryzając je pączkiem domowego wypieku mojej Rodzicielki:)

wtorek, 1 marca 2011

Praca, praca, praca, czyli nudne życie singla w mieście

Tak. Single zdecydowanie są dyskryminowani. Nie dość, że cały czas muszą sobie radzić indywidualnie to jeszcze ciągle kłody pod nogi się im rzuca. Mieszkaniowo-lokalowe i takie tam. I tego będę się trzymać.
Ale nie o tym ja miałam dzisiaj...
Otóż dzień był zapracowany i zabiegany. Na tyle, że na koniec dostałam temperaturę i wracam do formy za pomocą domowych metod, aspiryn, czosnku i innych odstraszających specyfików aplikowanych co kwadrans:)
Miałam dzisiaj debiut filmowy. Taki tam skromny, ale przed kamerą. A kamera to kamera. Pogrubia, stresuje i robi z człowieka kogoś innego. Jakoś się w sumie tym nie przejmuję. Stresu było sporo, to prawda, ale co tam:) Muszę ćwiczyć przed "Dzień Dobry TVN"... może powinnam już poszukać agenta? Coby mnie wypromował i już.
I życie singla nie byłoby takie straszne. Bo przecież nie jest:)

niedziela, 27 lutego 2011

Myslovitz i ja:)

Zdecydowanie przy nich cofam się w rozwoju:) ale pozytywnie.

Kocham ich, na koncertach są niesamowici. Energia, pasja i po prostu charyzma w najczystszej postaci.
Ich koncerty to niesamowite przeżycie.

No cóż, Myslovitz to jedyny zespół na świecie, który doprowadza mnie do radosnej histerii... albo do histerycznej radości... no jakoś tak:)


Po koncercie utwierdziłam się w przekonaniu, że mogliby zagrać na moim weselu:)
a jak nie... to ślubu nie będzie:)

Najlepszy koncert świata i Dialogi Rodzinne w klimacie Myslo:)

To dzisiaj.
Najbardziej wyczekiwany koncert.
Najlepszego zespołu na świecie.
Najcudowniejszego zespołu, który jako jedyny doprowadza mnie do regularnej histerii.
Myslovitz.
Dzisiaj wieczorem.
I ja w tłumie fanów.

Z tej okazji zamęczam Rodzinę ich dyskografią. Cały weekend. W końcu muszę być dobrze przygotowana do koncertu.
Wprowadzenie: śniadanie rodzinne w niedzielny poranek. Rodzina popija kawę, ja siedzę przy stole z laptopem i puszczam piosenki Myslovitz.
Osoby: Rodzice, ja i Moja Najlepsza Przyjaciółka vel Siostra.
W tle zaczyna grać "Peggy Brown"... Rodzice słysząc tekst śmieją się...
ja: No chyba nie powiecie mi, że nie znacie tej piosenki...
Mama: Piosenki akurat nie, ale sytuacja jest raczej do wyobrażenia...
Ojciec: Ja nie znam... A co to za zespół?
ja: ?!?!?! jak to co to za zespół? Jak to?! Jak możesz nie wiedzieć, że to Myslovitz, jak możesz nie znać mojego ukochanego zespołu?!
Moja Najlepsza Przyjaciółka (do siebie): Szczęściarz...
ja (usłyszałam co powiedziała Moja Najlepsza Przyjaciółka): Co to ma znaczyć?
Moja Najlepsza Przyjaciółka: Szczęściarz, bo jeszcze wszystko przed nim, jeśli chodzi poznawanie Myslovitz... znaczy się... no wiesz...
ja: Znaczy, no wiem, że zdecydowanie nie polepszasz swojej sytuacji!

I




Myslovitz

sobota, 26 lutego 2011

Koncertowy tydzień i bardzo pracowita sobota...

Tydzień mam koncertowy...

W czwartek miałam przyjemność być na "Gotan Project", udało mi się mieć najlepszą miejscówkę na sali, a wszystko za sprawą Mojej Najlepszej Przyjaciółki, która była sprawcą całego zamieszania i zakupiła nam bilety.
A koncert był świetny. I oni są świetni.
O koncertowej kontynuacji tygodnia będę piszczeć jutro!

Dzisiaj moja sobota jest bardzo pracowita, właśnie jestem w trakcie misji dla Hospicjum, to wspaniałe kiedy można coś pomóc, nawet jeśli są to drobiazgi.

A wieczór... Saturday Night Fever w doborowym towarzystwie.
I mam zamiar aktywnie odpocząć :)

wtorek, 22 lutego 2011

Rosyjskie klimaty, telefony, pracoholiczne sny i kapelusze...

"(...)
Dzień dobry, mam na imię Agnieszka... Nie byłam w pracy już 2 dni... jestem na urlopie i nie wiem jak sobie z tym poradzić... piję, żeby zapomnieć, że mam urlop (...)"
Tak Moja Najlepsza Przyjaciółka posumowała moją radość z powrotu do pracy po zwolnieniu. Podobno za kilka lat wyląduję na spotkaniu Anonimowych Pracoholików i będę wygłaszała taki oto monolog, jak ten tu przytoczony właśnie...
Bez komentarza.

Poza tym słówek się uczę.
Bez komentarza.

I zimno się zrobiło. Wiadomo - zima to zimno.
Bez komentarza.

Wiadomość dnia: mam nowy kapelusz. Indy Jones w spódnicy jestem normalnie :) Jest cudowny.
Bez zbędnego komentarza.

Hasło dnia: "Auć, kobieta mnie bije" (jako podsumowanie mojego łatwego rozpracowania bardzo prostego w użyciu urządzenia multimedialnego, z którym nie mogli sobie poradzić zainteresowani działaniem rzeczonego multimedialnego urządzenia - sztuk 2, płeć męska ).
Bez komentarza, za to mogę zaśpiewać: "Panowie! Nic się nie stało... Nic się nie stało"

:)

Wojna żeńsko-męska.

niedziela, 20 lutego 2011

W moim domu...

... mieszka PSOT.
Trochę pies, a jednak KOT.


I to chyba by było na tyle jeśli chodzi o moje układanie puzzli.
Przez 16 h.
...
Jeden PSOT w poślizgu na kartonowym pudełku (od tychże puzzli zresztą) unicestwił moją ciężką pracę:)

sobota, 19 lutego 2011

Weekend, czyli...

Mam nową miłość. Oglądam nałogowo serial "The Big Bang Theory". Zasługa tu wielka Przyjaciela F., który mi ten serial polecił i będę mu za to dozgonnie wdzięczna. Chociaż pewnie mi się oberwie za publiczne wyrażanie mojej wdzięczności:).

A druga sprawa. Wczorajszy wieczór spędziłam na układaniu puzzli i oglądaniu filmów z George'em Clooney'em. Oczywiście tłumaczę to moją chorobą i braniem antybiotyków, ale jak za 10 lat będę się zastanawiała nad tym dlaczego jestem sama przypomnijcie mi ten wieczór:) Bo było super!
Moja aspołeczność ostatnimi czasy się pogłębia.
Trudno.

Dzisiaj na kolację romansidło z Sandrą Bullock i Keanu Reevesem. Niech to ktoś przebije:)

środa, 16 lutego 2011

Złe wpływy siedzenia w domu i Szanownego Brata P.

Jak ja wychwalam, że wspaniale jest mieć Braci.
Bo dzięki temu twarda kobita jestem. Tacy Bracia to skarb.
Robaków się nie boję, jak trzeba wejdę na drzewo, umiem strzelać z procy, nie brzydzę się większości obrzydliwych rzeczy, spędziłam długie godziny na oglądaniu głupich horrorów, mam spory dystans do siebie, jak trzeba to potrafię przyłożyć komuś, a na dodatek wiem, że pewne męskie zachowania po prostu istnieją i nie ma potrzeby tracić sił i nerwów na ich zwalczanie. Trzeba przyjąć je z całym inwentarzem.

Ale żeby w przyrodzie była równowaga... No cóż jeśli coś się wznosi musi w końcu spaść. Walka z zapaleniem i siedzenie w domu z Rodzeństwem doprowadziło do odkrycia tego typu cytatów:
"Little Deer: You killed my mother!
Captain Hero:... Sucks to be you!"*

Najgorsze jest to, że mnie to naprawdę śmieszy...

*"Drawn Together"

wtorek, 15 lutego 2011

Walka z zapaleniem - Dzień Trzeci

No cóż...
Zacznę od początku. Jak się okazało dzisiaj jest Dzień Singla. A zatem sobie i wszystkim zgromadzonym, którzy przypisują do siebie to określenie składam najlepsze życzenia - życzenia będą fit, bo i single jak się okazuje są bardziej wysportowani niż osoby sparowane. Przynajmniej tak wynika z obserwacji:)

A poza tym nadal walczę z moim uroczym zapaleniem. Małe statystyki - opakowanie chusteczek w tulipany spisuje się świetnie, poza tym zamilknę, bo będzie to wyglądało na odcinek z serii: "Wyznania lekomana", a chyba nikomu nie muszę przypominać, że to określenie całkowicie do mnie pasuje:)

Zdrowia życzę, no! Wszystkim:)

poniedziałek, 14 lutego 2011

Walentynkowo:)

Jeśli nie możesz z czymś wygrać - to się do tego szaleństwa przyłącz. Takie jest moje hasło na dzisiaj. W tle gra Myslovitz "Chciałbym umrzeć z miłości", chyba nie muszę komentować, a ja Wam życzę dużo miłości i przesyłam życzenia cukierkowe:)!




Miało być dzisiaj różowo i serduszkowo. A jest jak zwykle. Klops. Miałam wystąpić w walentynkowej sukience i rozdawać znajomym słodkie cukierki walentynkowe w ramach mojej osobistej akcji o kryptonimie: "W Walentynki, każdy zasługuje na trochę słodkości".

Niestety wspominane już tu wcześniej bakterie udaremniły mój plan i ze światem mogę się co najwyżej podzielić zapaleniem oskrzeli. Trudno. Będę szaleć w Dzień Kobiet, Święto Wiosny i Noc Świętojańską.

A tymczasem wracam do moich kochanych antybiotyków oraz chusteczek w opakowaniu w tulipany - prawie jak bukiet kwiatów:) To akcent walentynkowy, który sobie sama zakupiłam.

niedziela, 13 lutego 2011

Dzisiaj mam L4!

Dopadło mnie... nawet jako najsilniejszy osobnik w domu (samica alfa:)) muszę przyznać, że koktajl bakteryjny, który serwuje mi cała Rodzina od kilku dni i na mnie zadziałał. Do tej pory wszyscy byli chorzy, a ja byłam ich wsparciem.
No cóż.
Było minęło.
Zachorowalność w naszym domu wzrosła do 100%.
Teraz wszyscy jesteśmy w podobnym stanie, tylko niektórzy farciarze mają wsparcie antybiotykowe, a reszta musi sobie radzić z aspiryną.
Średnia temperatura ciała na osobnika to 38,2, a typowy strój to dres i zużywamy jakieś 30 chusteczek na godzinę.

Poza tym z okazji choroby jestem wyjątkowo marudna i przygnębiona. Nic na to nie poradzę.
A Rodzina mnie nie wspiera wcale! Na dowód przytoczę Wam dialog jaki dzisiaj odbył się przy kolacji. Sami zobaczcie z czym muszę się mierzyć.

Wprowadzenie: Kolacja w domu moich Rodziców. Wszyscy w dresach, zakatarzeni i ledwo mówią.
Osoby: Komplet, czyli Rodzice, Szanowny Brat P., Szanowny Brat T. oraz ja.

ja: No cóż, chociaż jestem najsilniejszym osobnikiem w tej komórce społecznej najwyraźniej i mnie zaraziliście!
Mama (z uśmiechem): Najsilniejszy osobnik i do tego jaki wredny. Nasza wredna zołza...
ja (oburzona): O nie! jak możesz?! To nieprawda! P. powiedz coś!
Szanowny Brat P. (podnosząc głowę znad talerza): Nie zgadzam się.
ja: Widzisz Mamo!
Szanowny Brat P.: Nie zgadzam się, że jesteś wredna, znam wredniejszych, ale zołza jak najbardziej.
ja: Co?! T. powiedz coś!
Szanowny Brat T. (z tradycyjnym dla siebie spokojem): Tak.
ja: Nie ma co... na Was to jednak zawsze można liczyć, rodzina to jest siła, hę?


I jak tu można spokojnie chorować w takim środowisku...

sobota, 12 lutego 2011

Sen o lataniu, wiosna w powietrzu i cała prawda o mężczyznach

Dzisiaj miałam okazję uczestniczyć w spontanicznej i jednocześnie nieoficjalnej inauguracji sezonu balonowego. Miłość to upośledzenie, a miłość do wszystkiego co lata to defekt równie poważny co doniosły. I nie mam absolutnie zamiaru się tego defektu pozbywać, a wręcz przeciwnie:)

I wiosna chyba idzie... co mnie szalenie cieszy. I sezon lotniczy będzie na całego, a także będę mogła się wbić w fajniejsze ciuchy (kobieca próżność nie znam granic).

Ostatnio uzależniłam się od serialu. Tak. To prawda.
"The Big Bang Theory". Bawię się przy nim wyśmienicie. Nie ma to jak grupa zupełnie nieprzystosowanych do życia naukowców. Ich zderzenia z rzeczywistością są po prostu komiczne.

piątek, 11 lutego 2011

Doniesienia z linii frontu, czyli urlopowo

Nadrabiam zaległości. Spotkania, siłownia, książki, nerwica natręctw i seriale.

Byłam u okulisty i usłyszałam:
"Proszę Pani, z wiekiem po prostu ostrość widzenia się pogarsza, musi być Pani tego świadoma".

Rozmawiałam z Moją Najlepszą Przyjaciółką i usłyszałam:
"Tak zdecydowanie każdy ma jakiś specyficzny typ partnera, który wybiera dla siebie. Widzę to u siebie i u znajomych. No może oprócz Ciebie... Aga!... biorąc pod uwagę twoje historie nijak nie mogę się doszukać jakiegoś schematu".

Po takich rewelacjach to nie wiadomo czy się śmiać, czy może płakać. Po prostu pozostaje przyjąć ze spokojem stan i nie myśleć. Jak już wiadomo myślenia się można nauczyć, ale jest szkodliwe:)

czwartek, 10 lutego 2011

Kiedy pracoholik idzie na urlop...

Najwyraźniej mam problem. Dobrze, że zaczynam to dostrzegać. Otóż, ze względu na intensywny tryb życia i ogólnie sporo stresów ostatnio jestem w proszku emocjonalnym. Doprowadzam moje otoczenie do szału, na przemian jęczeniem lub złośliwościami (tu myślę, że wybijam się na wyżyny). Najgorsze, że nie mogę nad tym zapanować. Stąd podjęłam trudną decyzję o urlopie. Dzisiaj i jutro. Tym sposobem mam 4 dni dla siebie, na nadrobienie zaległości i pozbieranie resztek mojej emocjonalno-mentalnej równowagi.
I teraz sytuacja, która dzisiaj mi zobrazowała jak bardzo potrzebuję wolnego.
W nocy dostałam smsa. Usłyszałam dzwonek telefonu, a zatem wstałam, ubrałam szlafrok i poszłam do łazienki. Dopiero przy myciu zębów zorientowałam się, że jest godzina 1.22 (Alleluja dla Mojej Mamy, która uznała, że zegar w łazience jest potrzebny).
Tak! Wstałam w środku nocy, bo pomyliłam sms z budzikiem. Poza tym zapomniałam, że przecież mam mieć dzisiaj wolne.
Czy to już szaleństwo czy może przedsionek piekła?

Miłego dnia, ja pędzę na siłownię przywracać równowagę w moim małym świecie:)
(a przy okazji w otoczeniu:)).

piątek, 4 lutego 2011

Złote Myśli

"Mężczyźni są jak wino, im starsi, tym lepsi"*

"Kobiety są jak wino, im młodsze, tym tańsze"**


*by Pensjonarka
**by MMK

I z tym złotymi myślami zostawiam Was na weekend.

wtorek, 1 lutego 2011

Wind of change

Zmiany, zmiany, zmiany...

Sensacja dnia - Moje Przyjaciółki w składzie Moja Najlepsza Przyjaciółka vel Siostra i Panna AMK będą w Wawie mieszkały razem!
Mocna wiadomość, mocna grupa pod wezwaniem, mocne wrażenia się szykują, mocne alkohole szykuję.
I zgadnijcie co jest najważniejszą informacją dotyczącą ich nowego mieszkania?
Nie świetna lokalizacja (a jest genialna), nie duża lodówka (a jest ogromna), nie 2 sypialnie (a są na piętrze tego mieszkania) i nie moja osobista kanapa w salonie (a jest już zarezerwowana dla mnie)... Co to, to nie...
Najważniejsze jest to (uwaga, napięcie rośnie!), że Właściciel to "przystojny Szwed rodem z Hiszpanii, który nie jest łysy, wygląda prawie jak Johnny Depp i pije alkohol". Do tego wprosił się na parapetówkę (bezczelny!), na której Moje Przyjaciółki będą same (czy to nie "urocze", że doszły do takiej konkluzji?!).
Taaak... stwierdziły to w przypływie entuzjazmu (dialog wyglądał zapewne tak - (...) właściciel:O! robią Panie parapetówkę, to przyjdę sam. Panna AMK: Tak, my też będziemy same (...).
Obraziłabym się o to, ale przyjaźń jest ważniejsza, poza tym wiem, że będę w tym mieszkaniu niczym mebel, a do tego osobiście "moi przystojni bruneci nie pokrywają się z ich przystojnymi brunetami".
Tak, dopiero jak to powiedziałam na głos i USŁYSZAŁAM zorientowałam się jak to zabrzmiało.
Ale przekaz jest jednoznaczny.
A Właściciel... niech moc, cierpliwość i duże ilości alkoholu będą z nim, bo nie wie co uczynił. Warszawo, miej się na baczności, bo od marca drżą twoje fundamenty... Na taki koktajl chyba nikt nie jest gotowy, ale jak rewolucja to rewolucja!

Po tej wiadomości dnia... idę spać, bom zmęczona i do tego już czuję, że muszę zbierać siły na wyjazd do Warszawy:)

niedziela, 30 stycznia 2011

Dialogi Rodzinne

Wprowadzenie: Tak się składa, że ostatnio tydzień miałam nudny i zabiegany - stąd moje milczenie. Za to weekend... weekend był narciarski.Pojechaliśmy na rodzinny wyjazd w góry, pojeździć trochę, odpocząć od miasta i nacieszyć się cudowną pogodą w Karkonoszach (było po prostu idealnie).
I tak się złożyło, że zostałam przyporządkowana do samochodu z Ciocią H. i Wujkiem-Stryjkiem B. Jechaliśmy sobie tak razem i była to świetna okazja dla Cioci, żeby wytłumaczyć mi kilka ważnych spraw (martwi się o mnie).
Osoby: Wujek-Stryjek B., Ciocia H. i ja.

Ciocia H.: I najważniejsze żebyś o siebie dbała, Ty jesteś najważniejsza! Prawda ?(tu zwróciła się do swojego męża Wujka-Stryjka B.), no powiedz jej...!
Wujek-Stryjek B.: (poważnym głosem i zupełnie spokojnie) Nieprawda...
Ciocia H.: No widzi...sz...CO?!
Wujek-Stryjek B.: (wyraźnie zadowolony z siebie) Najważniejsze to dbać o męża.

Nie ma to jak Złote Myśli Seniorów Rodu :):):)

niedziela, 23 stycznia 2011

Przekrój tygodnia, czyli BHP, PRL i ETS w telegraficznym skrócie i czerwonym krawacie

Tydzień był po prostu koszmarnie zabiegany!
Była nauka do absurdalnych egzaminów, było sporo pracy, częściowo w klimacie PRL, był koncert Perfectu, były "mleczarskie mitingi", były wreszcie chwile słabości i płaczu. Tak, zgadza się.
Pensjonarka w przypływie emocji postanowiła sobie popłakać. Na szczęście znalazło się silne ramię (rykoszetem oberwało za wszystkie grzechy tego świata), które tę histerię cierpliwie zniosło:)

I tak od wczoraj uprawiam tak zwane konstruktywne lenistwo, które ma na celu jedynie "nicnierobienie" przerywane popijaniem wina. Czerwonego (klimat trzeba zachować).
W ogóle dopadła mnie depresja i obsesja...
A może to była tylko sesja?
Zakończę stwierdzeniem, że była to impresja i niech się już zakończy tak cała presja :)

O!

poniedziałek, 17 stycznia 2011

F*ckin Blue Monday

Dzisiaj podobno jest najgorszy dzień w roku*.
Takie tam depresyjne brednie opowiadają w stacjach radiowych, w których prowadzący nie wiedzą co mówić.

A u mnie nie byłoby tak źle gdybym nie musiała uczyć się czegoś, co chyba nie jest mi do końca potrzebne... bo komu jest potrzebna procedura europejska? Komu?!(...) !%@&!
Jeden z moich profesorów twierdzi, że przyda mi się to w pracy (lobbing i takie tam), ale w chwili obecnej jakoś mu nie wierzę...

Doszłam do wniosku, że jestem za stara na naukę. Gdy myśl ta się wydobyła się przymulonym głosem z mojego gardła na ten okrutny świat, kiedy ją usłyszałam stała się Faktem. Nawet Autentycznym...
A kiedy została usłyszana przez Szanownego Brata P. dołączył się do mojego twierdzenia, przyznając mu słuszność i umiejscowił siebie w okolicy bliskiej do mojego stanu ducha. Gdy nasz dialog podsłyszał Szanowny Brat T. przytaknął i dołączył do naszego elitarnego grona naukowych emerytów.

Tak sobie możemy wytykać proces starzenia się komórek mózgowych. Do ich kompletnego wyginięcia (co chyba przy naszym trybie życia nie jest aż tak futurystyczną wizją).

Na zakończenie przytoczę jeszcze krótką, ale treściwą wymianę zdań, argumentów i postaw życiowych z Moją Najlepszą Przyjaciółką vel Siostrą (czas: 17.20, rozmowa telefoniczna):

MNP vel Siostra: Guśka, Ty weź już może idź z tej pracy... Idź się uczyć, nie siedź codziennie tak długo...
ja: A Ty gdzie jesteś?
MNP vel Siostra: W pracy...

W tym momencie obie wybuchnęłyśmy śmiechem... jesteśmy siebie warte...

* wg innej teorii to "Międzynarodowy Dzień Lubienia Mnie Przez Nią" by Konieczko :)

niedziela, 16 stycznia 2011

Dialogi Rodzinne

Wprowadzenie: Impreza urodzinowa Szanownego Brata T. Duży stół zastawiony różnościami i moja wielka Rodzina "we włoskim stylu"*
Osoby: [ponieważ było nas sporo ograniczę się do kluczowych postaci, które brały udział w dialogu] Mój Ojciec Chrzestny, Żona Mojego Ojca Chrzestnego, Wujek-Stryjek B.

Żona Mojego Ojca Chrzestnego (opowiada o warsztatach samochodowych i tym, że takie "firmowe warsztaty" zupełnie nie robią tego co powinni): No nie uwierzycie, ja to wcale nie ufam tym mechanikom! Na przykład poprawiają lakierowanie drzwi od mojego samochodu już trzeci raz! Fachowcy! Trzeci raz od wypadku! (Tu zwraca się do męża) Kiedy miałam ostatnio wypadek samochodowy?
Mój Ojciec Chrzestny (spokojnym, ale donośnym głosem): Chciałaś chyba zapytać kiedy wywołałaś na drodze kolizję pojazdów mechanicznych...
Żona Mojego Ojca Chrzestnego: Co?! Nie bądź taki zasadniczy, kiedy to było?
Mój Ojciec Chrzestny (nadal spokojnie): Zapytaj o to co się wydarzyło, czyli kiedy wywołałaś kolizję...
Zona Mojego Ojca Chrzestnego: No przestań mnie denerwować! No kiedy to było?! Kiedy ostatnio wjechałam pod tramwaj!?
Wujek-Stryjek B.: No teraz wiemy wszystko...

Mężczyźni... Kobiety...

:)

*czyli duża i głośna:)

czwartek, 13 stycznia 2011

Dialogi Rodzinne

Osoby: Szanowny Brat P., ja
Wprowadzenie: poranek w środku tygodnia, pora tak wczesna, że nie chcę nawet o niej wspominać. Klimaty kawowo-śniadaniowe. Ja dogorywam nad kubkiem kawy, zastanawiając się dlaczego to nie jest whiskey ( tak, już wiem, nie można prowadzić po alkoholu), Szanowny Brat P. tradycyjnie czyta gazetę. Słuchamy radia, gdzie właśnie wspominany jest jakiś artysta, a dokładnie opisywane jest jego "burzliwe życie pełne skandali".

ja (komentuję właśnie usłyszaną wiadomość w radiu): No to musiał nieźle sobie pożyć... Burzliwe życie pełne skandali... brzmi wspaniale...
Szanowny Brat P. (nadal czytający gazetę): No...
ja: Ej... w sumie, burzliwe życie pełne skandali... Uczyć nam się chciało... masakra...Czemu my właściwie nie zostaliśmy artystami?!
Szanowny Brat P. (nie odrywając wzroku od gazety, ze stoickim spokojem, którego nie wstydziłby się Szanowny Brat T.): Bo nie jesteśmy bogaci...


Prawda jest tak oczywista, że aż bolesna...

środa, 12 stycznia 2011

Konkurencja olimpijska - bieg na szpilkach i zawsze słuszne Prawo Murphy'ego

Jak mnie wkurza to, że Murphy ma zawsze rację.
Dzisiaj brakowało mi tylko lądowania kosmitów. Idealnie wpasowałoby się w ten tydzień. Bo są problemy z dostawą prądu (normalnie kurek zakręcony), problemy z dostawą kawy (tu też kurek najwyraźniej utknął), spektakularnie dużo obowiązków (co w sumie można przeżyć) i ewolucja.
Otóż właśnie ewolucja sprawiła, że zapadam w sen zimowy, niczym niedźwiedź, bo nadmiar wrażeń powoduje u mnie chęć położenia się spać około godziny 19. Ta chęć jest tak duża, że od kilku dni o 21 jestem już nieprzytomna. To sprawia też, że coraz ciekawsze rzeczy mi się śnią. I powiem tak - jak wczoraj rano uświadomiłam sobie, że znowu śnił mi się koniec świata to przejrzałam na oczy (koniec świata śni mi się tylko wtedy, kiedy jestem poważnie zestresowana). A ten koniec świata był naprawdę spektakularny... otóż we Wrocławiu wybuchł wulkan! W samym centrum. Był żar, lawa, rozpadające się ulice i ogień. Spece od efektów specjalnych by się nie powstydzili. I oczywiście miałam okazję obserwować to wszystko, plus ratować, uciekać i walczyć o przetrwanie.
Rano dowiedziałam się, że najbliższy wulkan jest w okolicach Wałbrzycha... na szczęście już dawno wygasł...
A z nowości parafialnych... uczę się internetu... na kursie. Uczona będę w robieniu stron.
No!

niedziela, 9 stycznia 2011

Marchewkowa niedziela i gęby codzienności

Dzisiaj jest marchewkowa niedziela, żeby nie było szaro, przeplatana dużą ilością nauki, na którą jestem zdecydowanie za stara.

A przeziębienie trwa.
Chociaż muszę przyznać, że jest lepiej.
Terapia niezawodnym czosnkiem, w niekonwencjonalnym zastawieniu z czerwonym winem najwyraźniej przynosi zamierzone skutki.

Nowy tydzień się rozpoczyna i muszę przyznać, że trochę mnie przeraża - będzie niesamowicie ciężki. Zbieram siły i na dobre zakończenie przytoczę słynne powiedzonko mojego Ojca, którym jest w stanie wyprowadzić mnie zawsze z równowagi:
"Idziesz już? (...) To idź!"

Amen.

sobota, 8 stycznia 2011

"Weekend bezcelowości i nonsensu"

Wczoraj trochę przez przeziębienie, a trochę przez nadmiar emocji jakie mnie dopadły... zrobiło mi się jakoś tak nieswojo.

I myślałam: "Wszystko jest bezsensu, muszę gdzieś wyjechać, coś zrobić". Nie umiałam zidentyfikować tego "cosia", więc wydumałam, że chodzi o wyjazd do Afryki kopać tę studnię...

Ale potem pogadałam z kilkoma osobami i okazało się, że większość osób czuje się podobnie. Chyba amplituda temperatur niszczy nasz zdrowy rozsądek, radość życia i zdolność do trzeźwej oceny sytuacji.

Dlatego, żeby poddać się emocjom oficjalnie ogłaszam "Weekend bezcelowości i nonsensu".
To akcja zorganizowana. Zróbmy to tak, jak należy. Zróbmy to razem ze względu na ogólnonarodowy kryzys, z tego co widać.

W ten weekend użalamy się nad sobą, nad swoim losem, nad mieszkaniem, pogodą i samochodem.
Nad nadmiarem obowiązków i brakiem wizji na przyszłość.
Nad zbyt wieloma planami i brakiem czasu.
Nie żałujmy sobie.
Uruchamiamy wyobraźnię i do dzieła.
Żeby ułatwić poczucie braku sensu tego wszystkiego proponuję odpowiedni strój - stary dres, do tego butelka wina/whiskey/wódki (ogólnie proponuję literę "w" jako kryterium) i do wyboru wg własnych pomysłów - paczka czipsów, czekolada, lody, marchewki etc...
Najlepiej wykąpać się w wannie beznadziejności, zagłębić się w nią, poczuć ją każdą komórką ciała i chłonąć tak, aby się nią wypełnić.
Do granic własnych możliwości.
Bez sztucznego pocieszania się, bez usprawiedliwień.
Potem, po osiągnięciu wyżyn w użalaniu się nad własnym losem i nacieszeniu się nimi (może to trwać od 1 minuty do 24h w zależności od typu osobowości),z całą świadomością należy to wszystko odrzucić i poczuć, że przecież nie jest tak źle, a może właściwie jest całkiem dobrze.
I wypić doskonałą kawę, obejrzeć głupią komedią, porozmawiać z przyjaciółmi i przeżyć pierwszy dzień reszty swojego życia.

Katharsis jest potrzebne każdemu od czasu do czasu.

A zatem beznadziejnego weekendu :)

piątek, 7 stycznia 2011

Dialogi Rodzinne

Wprowadzenie: dzisiejszy poranek. Bardzo wcześnie, bardzo ślisko, bardzo sennie.
Osoby: Szanowny Brat P., ja (bo przecież nikt inny w domu nie skala się pracą w "długi" weekend)

ja: co Ty taki? Przestań tu senność okazywać... mieliśmy "mini weekend", a teraz po chwili wytchnienia wracamy do pracy, fajnie, co?
Szanowny Brat P.: Fajnie?! Co w tym fajnego... przez te "wolne" czuję się jakby w tym tygodniu były dwa poniedziałki...

wtorek, 4 stycznia 2011

Dialogi Rodzinne

Czyli przyjaciele w opałach i wnioski "na zaś".

Wprowadzenie: rozmowa telefoniczna.
Osoby: Moja Najlepsza Przyjaciółka vel Siostra i ja.

(...)
Moja Najlepsza Przyjaciółka vel Siostra: No i widzisz, martwię się...
ja: Ale logika, włącz logikę!
MNP vel S: hę?
ja: Czy kiedykolwiek ktokolwiek czegokolwiek Cię nauczył? Czy może musiałaś sama popełnić błąd?
MNP vel S: No sama...
ja: No właśnie!
(...)

Normalnie chyba ten tekst opatentuję!

kiedykolwiek...

ktokolwiek...

czegokolwiek...

:)

poniedziałek, 3 stycznia 2011

Cytat dnia

Stara prawda nie rdzewieje... czy jakoś tak...
A zatem cytatem dnia jest znany tekst Wujka-Stryjka B., który z zawodu wyuczonego i wykonywanego jest strażakiem:

"Bo najważniejsze to wiedzieć którędy spi...lać"

Nic dodać, nic ująć. Trzeba znać priorytety, prawda?

niedziela, 2 stycznia 2011

Idzie ku nowemu...

Czyli będę kontynuować eksperymenty kolorystyczne w poszukiwaniu mojego stylu...
Co Wy na to?
Bo ostatnio tak jakoś za różowo się zrobiło...

sobota, 1 stycznia 2011

Dialogi świąteczno-noworoczne, czyli po prostu maraton imprez...

Ostatnio dużo się działo. Święta, różne imprezy, wczorajsza impreza sylwestrowa. Spędziłam mnóstwo czasu w towarzystwie Rodziny i Przyjaciół dlatego teraz zapraszam na noworoczny koktajl w postaci dialogów :)

Wprowadzenie: Kuchnia w Kowarach, Pierwszy Dzień Świąt Bożego Narodzenia. Późne popołudnie.
Osoby: Mama, Ciocia L. (Mama Mojej Najlepszej Przyjaciółki),Moja Najlepsza Przyjaciółka vel Siostra i ja.
Rozmowa na temat pewnego prezentu:
Ja: Ciociu, no pomyśl, gdybyś dostała od faceta pod choinkę plecak... PLECAK... to nie czułabyś się zawiedziona...
Ciocia L.: No wiesz, zależy jaki to plecak by był...
Ja: Ciociu... ale PLECAK! Przecież kobiecie to trzeba dać coś niepraktycznego, biżuteria jest zawsze dobra... ale PLECAK?!
Ciocia L.: Ale wiesz, plecak też może być fajny i ładny...
Ja: Ty już coś piłaś?!

Wprowadzenie: Życzenia świąteczne w wigilijny wieczór.
Osoby: Cała Rodzina (w końcu Wigilia)
Szanowny Brat P.(składa życzenia Mojej Najlepszej Przyjaciółce): I wiesz, fajnego faceta Ci życzę...
Moja Najlepsza Przyjaciółka: Ale ja nie jestem zdesperowana, spokojnie...
Szanowny Brat P.: No wiesz, Agnieszka niby też nie jest...
(...)

Wprowadzenie: Poranek w Nowy Rok, po imprezie sylwestrowej.
Kuchnia w domu Przyjaciela M. u którego byliśmy na imprezie.
Osoby: Przyjaciel M., Wilk i ja
Różne opowieści, wspomnienia z poprzedniego wieczoru krążą jeszcze w towarzystwie. Przyjaciel M. opowiada Wilkowi różne historie etc.
Wilk (do mnie): A tak w ogóle to Ty szybko poszłaś spać...
ja: Wiem, poszłam przed 2. Bo Przyjaciel F. zabronił mi pić po północy, to co miałam robić?! Spać poszłam. A dzisiaj prowadzę samochód do Wrocławia...
Wilk: A czemu to tak wygląda? Ty jakiś zakład przegrałaś ?!
ja: Gorzej... w sumie on nie potrzebuje żony, bo tu poprawię muchę, potrzymam szklankę... i jeszcze do Wrocławia odwiozę :)
[w sumie jest to bardzo zabawne, ale fakt faktem, że mi to nie przeszkadza]


Plus weryfikuję moją checklistę dotyczącą faceta idealnego. Jak to określił Przyjaciel F. do spółki z Szanownym Bratem P.:
"No cóż, z takimi wymaganiami przewidzieć Ci można wspaniałą i dozgonną... samotność"


A na koniec zaśpiewam "Nic się nie stało..." :):):)