wtorek, 25 sierpnia 2009

podanie o zwolnienie z zajęć wuefu

Tak się złożyło, że ostatnio z moim szanownym bratem zastanawialiśmy się jak uzasadnić podanie o zwolnienie z zajęć wuefu, coby skutek zamierzony przyniosło.
A ponieważ mój brat ambitny jest to drugi kierunek studiów (na który od czasu do czasu uczęszcza) jako uzasadnienie było mu mało.
Tym sposobem po dyskusji burzliwej doszliśmy do wspólnego wniosku, że rozsądnym wykrętem byłaby kontuzja. Bo taka kontuzja to ćwiczenia wyklucza, to i na wuef chodzić nie ma po co.
Tylko co z zaświadczeniem od lekarza, a raczej jego brakiem?
Uznaliśmy, że trzeba wymyślić coś, z czym do lekarza się nie pójdzie. I tak padło na praktyki... sado-maso.
Ja stwierdziłam, że z takim studentem to nawet dziekan nie będzie chciał rozmawiać, podpisze szybko, aby studenta takowego sprzed gabinetu się pozbyć.
Na to mój brat wniósł stanowczy sprzeciw i stwierdził, że będąc dziekanem z takim studentem koniecznie by porozmawiał, zadając jedno podstawowe pytanie: "GDZIE?"

niedziela, 23 sierpnia 2009

Słodko-gorzki weekend

Tak czasami bywa, że pewne sprawy, które nie powinny występować razem mieszają się ze sobą. I tak w ten weekend miałam okazję spróbować koktajlu radości i smutków wielu bliskich mi osób. Myślę, że całkiem nieźle sobie z tym poradziłam, bo zachowałam spokój, zdrowy rozsądek, umiar i zimną krew. Sprawdziłam siebie w kilku ekstremalnych sytuacjach i podsumowując - daję radę:)

czwartek, 20 sierpnia 2009

wieczór, którego sponsorem jest...

butelka wina...

Czy to lek na mój smutek, niepokój i niepewność??? O nie. Ja się nie smucę. Od dziś jestem kobietą spokojną o swoją przyszłość. W końcu w horoskopie napisali, że we wrześniu odkryję miłość mojego życia. Znaczy napisali dokładnie, że ustabilizują się sprawy, na których stabilizację długo czekam. Czyli nadinterpretując mężczyzno mojego życia, szykuj się:)
Chociaż niektórzy twierdzą, że będziesz kolejną ofiarą nie zniechęcaj się. Ja czeeeekam:)!

Plus mam super sukienkę na zbliżające się wesele i wyglądam w niej mówiąc nieskromnie odjazdowo, ergo sukienka zmarnować się nie może.

Na koniec analiza psychologiczna, a może nawet psychoanaliza mnie we własnej osobie, dokonana przez koleżankę z pracy: "Twój mężczyzna nie może być jakiś pierwszy lepszy. Musi Cię zdobywać i zaskakiwać (zasada dwóch "Z"), a poza tym nie może być monotonnie".
I teraz klucz do sukcesu - kto to wytrzyma??? Ja się pytam, kto to wytrzyma...?

niedziela, 16 sierpnia 2009

czwartek, 13 sierpnia 2009

ścianka sportem ekstremalnym...

wczoraj przekonałam się o tym bardzo dobitnie. Spadłam ze ściany przy ćwiczeniach i chyba odbiłam sobie wszystkie narządy wewnętrzne. Sama tego chciałam, ale i tak nie poddam się:)

Potem sponsorem wieczoru był toast "za nasze kawalerskie", który dzielnie wznosiliśmy z moimi przyjaciółmi A. i M. przez cały wieczór:) A to był wieczór.

wtorek, 11 sierpnia 2009

poniedziałek, 10 sierpnia 2009

to jest poniedziałek

Od samego rana, właściwie od nocy jestem miła. Poza tym moja najlepsza przyjaciółka zdała ważny egzamin, ja odsypiam weekend, planuję kolejne imprezy w tym tygodniu.

Salwy śmiechu u mojej przyjaciółki wywołała moja deklaracja, że zamierzam wejść na ścieżkę prawości i stabilizacji. Nie rozumiem, czy aż tak jest ze mną źle?

Poza tym zbliżają się urodziny i wszystko, i wszyscy zaczynają mi o tym przypominać. A zapowiada się impreza roku:)!

zaskakująca pobudka i noc pełna horrorów

dzisiaj pobudka była dla mnie dość zaskakująca. Znowu rodzina szanowna zostawiła mnie bez słowa tym razem na dwa tygodnie. Nie ma to jak obudzić się w pustym domu. Dobrze, że moje koty trzymają się w pobliżu.
Taki był dzień.

Natomiast noc jest pracowita i pełna horrorów. Nie każdy to wytrzyma. To prawdziwy obóz przetrwania:)

sobota, 8 sierpnia 2009

Już mi suknię niosą z welonem:) reaktywacja koszmaru

Doprawdy coraz mniej wzruszają mnie te wszystkie uroczystości. Kolejna kuzynka postanowiła mnie oficjalnie ośmieszyć i za mąż się wydaje. Jak ona śmie?! Takie życie, chleb po 5, a stan staropanieństwa wcale mi nie przeszkadza, ku rozpaczy mojego Ojca. Na znak prostestu dzisiaj zjadł deser lodowy, ale odgraża się, że w ciągu najbliższego miesiąca schudnie 10kg.


A ja z okazji tego zamążpójścia przeżyłam w dniu dzisiejszym maraton po sklepach z sukniami ślubnym, akcesoriami wszelakimi zupełnie zbędnymi w życiu panieńskim, ale jak się okazuje niezastąpionymi w czasie tej doniosłej uroczystości. Nawet odwiedziłam kilku jubilerów.
Trauma jak się patrzy.
I tak mnie te wszystkie falbanki i kwiatki rozczuliły, że rozpoczęłam ranking na partnera mego na czas tej imprezy.
Mój ranking będzie osobisty, prywatny i zupełnie subiektywny. Od kandydatów oczekuje się woli przetrwania, umiejętności tańczenia, posiadania samochodu i prawa jazdy (coby mnie dowieźć na uroczystość, a później nawet przywieźć:)), wytrwałości z powodu konieczności spędzenia ze mną 2,5h w podróży, głowy mocnej, gotowości do wyjścia z imprezy weselnej jako ostatni (jest to tradycja rodzinna, od lat mój Ojciec jest niepokonany i wychodzi jako ostatni, w tym roku planuję chytrze pokonać go w nierównej walce:)) oraz dużej odporności psychicznej (niezbędna przy spotkaniu z moją rodziną).
Trauma jak się patrzy.

Jak na faceta towarzyszącego mam tyle wymagań, to aż się boję momentu, w którym będę szukać sobie kreacji:)

Świat się kończy, a ja dopiero zaczynam:)

Ambitnie. Dyrektorem w rankingu specjalnym prowadzonym przeze mnie, na moje polecenie i na prośbę moją własną został Pan T. Cieszy się jak dziecko. I słusznie należało mu się.

Ja dzisiaj jestem niczym szampon przeciwłupieżowy 2w1. Bo niektórzy uznali, że pracować w nocy mogę sama. Moja wszechstronność nie zna granic, zawsze jest też większa okazja do przetestowania ile, tak naprawdę, czasu potrzebuję na obezwładnienie i unieszkodliwienie przeciwnika (ja twierdzę, że zgodnie z wytycznymi firmy ochroniarskiej dam radę w 7 minut, czyli do ich przyjazdu:)).

To będzie baaardzo długa noc.

robię postępy i jestem trendi:)

Po 3 dniach spędzonych w młodocianym towarzystwie okazało się, że całkiem nieźle wtopiłam się w otoczenie. Nawet dzisiaj dostałam w kinie bilet ulgowy na przysłowiowy "krzywy ryj", bo bilet takowy mi się już od jakiegoś czasu nie należy (ominę drastyczne szczegóły). Moja bezczelność osiągnęła szczyt szczytów, ponieważ przyznałam się, że ulga mi się nie należy, ale umiejętne negocjacje przyniosły oczekiwany efekt w postaci biletu ze zniżkąw mojej dłoni, z którym wkroczyłam na salę kinową dumna i blada, niczym wolność wiodąca lud na barykady.

Ostatnie 72h były szalenie intensywne. Nie mówię, że cały czas było łatwo, co to, to nie! Wczoraj popołudniu w czasie wizyty w ZOO, młodzież, w pełni sił, biegała po terrarium, a ja odpoczywałam na ławeczce, bo sił już nie miałam. Po tym uznałam, że może jednak pomysł z młodszym facetem (bo u starszych kondycja już nie ta:)) nie jest taki trafiony jak sądziłam od jakiegoś czasu (okazuje się, że sama mogę nie dać rady...).
Ale zwrot akcji nastąpił w nocy, na naszym małym clubbingu, kiedy to okazało się, że młodzi odpadli, a ja całą noc na parkiecie spędziłam.

Jaki morał z tej historii? Pomysł z młodszym facetem jest jak najbardziej właściwy, tylko nie będę go do ZOO zabierała:) Powiedzmy, że pomysłów na spędzanie czasu mi nie zabraknie.

środa, 5 sierpnia 2009

Ale za to wieczory mogę zaliczyć do udanych:)

Dzisiaj w młodzieżowym towarzystwie udałam się do kina:) Niestety ulgowego biletu dla siebie nie wynegocjowałam, ale w sumie może dlatego, że nawet nie próbowałam:)

Film obejrzany, na ekranie królował młody czarodziej, którego imię jest na ustach wszystkich. I dobrze. Była akcja, efekty specjalne, miłość, wzruszenia i poczucie humoru. Zaliczam na 4.

Git:)

Trauma o poranku

Chyba wrócę do moich dobrych zawodowych nawyków z poprzedniej pracy. A dokładnie do jednego nawyku, kiedy to ustawiałam sobie czas budzenia z informacją w jakim mieście jestem (wpisywałam skrót lotniska) i czas obowiązujący na miejscu. Było to szalenie przydatne kiedy w ciągu miesiąca przez 20 dni byłam poza domem, a każdej nocy w innym hotelu, w innym mieście.

A dzisiaj o porze tak wczesnej, że nie będę o niej wspominać zadzwonił budzik i przypomniałam sobie ten nieprzyjemny stan kiedy nie wiem gdzie jestem, która jest godzina i po cholerę dzwoni ten budzik?!

Tak poranki są jednak trudne.

poniedziałek, 3 sierpnia 2009

I co ja się z nim mam?

Tak, narzekam na mojego "przyszłego męża".

I ukrywać się z tym nie będę lepiej narzekać teraz, niż się kiedyś rozczarować...

I zgodnie z zasadą:

"Nie chwal dnia przed zachodem słońca, żony przed ślubem, a teściowej przed śmiercią"

można sobie jakoś światopogląd ułożyć, żeby za bardzo nie zrazić się do rzeczywistości:):):)

Samochód pułapka, czyli dlaczego z rodziną dobrze wychodzi się jedynie na zdjęciu

Tak się złożyło, że mój Szanowny Brat postanowił porwać swoją dziewczynę na tzw. "road trip". Zaplanowali bardzo dokładnie odwiedzenie kilku sąsiadów, a także woodstockowego festiwalu.
I przez przypadek (do tej pory zastanawiam się jakim cudem?!) pożyczyłam Bratu samochód mój ukochany, żółtego kanarka. Dokładniej nie pożyczyłam, a zamieniłam na samochód, którym obecnie jeździ mój brat (zresztą też mój własny samochód, słynny czerwony żuczek). Bo Brat doszedł do wniosku, że żuczek jest stary, to bezpieczniej jechać moim.
I tak teraz jeżdżę żuczkiem, i rozumiem dlaczego nie chciał nim dalej jechać niż 10km od domu;p

Przede wszystkim nie otwierają się w nim drzwi od strony kierowcy. Albo należy wsiadać od strony pasażera, albo otwierać drzwi od środka, a w najbardziej zdesperowanej wersji można wchodzić przez otwarte okno od strony kierowcy. Kiedy po żmudnym wejściu próbowałam wyjść z samochodu klamka została w mojej ręce... a to ci psikus. Jedyny plus to radio z odtwarzaczem CD, dzięki któremu mogę słuchać do woli Myslo. Ale kiedy chciałam schować moje cenne płyty do schowka od strony pasażera okazało się... że się zaciął.

Jak pech, to pech do tego dołożę brak klimatyzacji, który jest odrobinę męczący przy obecnych temperaturach i wszechobecne parowanie szyb w czasie deszczu, czyli właściwie w ostatnich warunkach pogodowych jeżdżenie staje się wyzwaniem, wyjątkowo trudnym.

Między nami kobietami, czyli w poszukiwaniu miłości...

Wczoraj po szalonym weekendzie udało mi się trochę odpocząć, ale tylko trochę, bo wieczorem ponownie wyruszyłam w miasto. I tak od słowa do słowa zgadałam się z moją dobrą koleżanką M. i tak sobie trochę ponarzekałyśmy na świat, na facetów i na poszukiwania miłości przy lampce wina i oczywiście nieśmiertelnej sałatce.
To był wieczór.

weekend wielce ekstremalny

48h bez snu, 500km za kierownicą, kilka skoków do wody, opłynięcie jeziora łódką, kilka piw i połowa klubów w mieście... no cóż to był intensywny weekend, ostrzegam nie próbujcie tego w domu:)

A dzięki uprzejmości Pana A. dotarłam do domu szczęśliwie i bezpiecznie. Z białą lilią w ręku:)!