Ciężki tydzień był u mnie. Dużo pracy, dużo obowiązków, sporo przemyśleń i puste mieszkanie.
Cisza, spokój i smutno mi.
Poza tym nie mogę spać, co sprawia, że chodzę ciągle zmęczona - błędne koło.
Dzisiaj obudziłam się o 3.30 i już ani chwili dłużej spać nie mogłam. Myśli w głowie niczym w wirówce.
Mnóstwo pomysłów przed świtem. Jakieś plany, marzenia, które nie wiadomo czy są jeszcze snem czy może już jawą i jeszcze więcej obaw. Po godzinie - BASTA! podniosłam się, ogarnęłam i postanowiłam zrobić śniadanie do łóżka:)
Jakbym przeczuła poranne męki, wczoraj zrobiłam krem ryżowy, więc wystarczyło śniadanko wyciągnąć z lodówki i dodać pyszną brzoskwinię (za którą notabene zapłaciłam majątek w pobliskim warzywniaku, ale warto było:))
krem ryżowy z brzoskwinią podany do łóżka:)
Teraz mi względnie dobrze (chociaż dalej smutno).
Ale nie ma co się rozdrabniać, czeka mnie wspaniały (i dłuuugi:)) dzień!
Dlatego nie tracąc czasu zbieram pupę w troki i pędzę moim dwukołowcem na basen:)
Potem sprzątanie, czytanie, wizyta u Rodziców i jak dobrze pójdzie wyjście do kina z Rodzeństwem:)
Udanej, wspaniałej soboty!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Śnię.... Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Śnię.... Pokaż wszystkie posty
sobota, 6 lipca 2013
niedziela, 17 lutego 2013
W niedzielę zwalniam, czyli mój ulubiony dzień tygodnia w moim wydaniu:)
Podsumowując przebiegłam 34km, 6,5 h ćwiczyłam jogę i przepłynęłam 850m (wiem, mało pływania, ale co zrobić :)). Ogólnie jest ciężej niż sądziłam. Joga idzie mi całkiem nieźle, zauważyłam postępy, ale jest to dyscyplina bardzo wymagająca wbrew pozorom i mam naprawdę mniej siły, co wpływa na moje biegowe treningi. Trochę się martwię o moje przygotowanie do Półmaratonu. Tymczasem będę obserwowała siebie, zeszłotygodniowy kryzys formy zwalczyłam dosyć szybko i mam nadzieję, że jednak wyjdę na prostą, a teraz popijając koktajl bananowy zbieram siły na nowy tydzień i zabieram się za czytanie książki podsuniętej mi przez Szanownego Brata P. "Kurz, pot i łzy", czyli autobiografii Beara Gryllsa... może być ciekawie.
Poza tym mam ostatnio nawrót ciekawych snów. To mi się czasami zdarza... np. tu, tu i tu.
Z piątku na sobotę, po meteorytowych atrakcjach śniło mi się, że biorę udział w Igrzyskach Śmierci... tak, takich o jakich ostatnio tak namiętnie czytałam...brr... było to dosyć ekstremalne, obudziłam się jak po naprawdę ciężkim treningu. A dzisiaj śnił mi się... Obcy... tak, dokładnie "ten", "z tego filmu"! A wszystko za sprawą wieczornego seansu "Obcy 2"... Aż się boję co mi się będzie śniło po wieczorowej lekturze... :)
z przyjemniejszych tematów... do mojej anielskiej kolekcji dołączył "Anioł Miłości"... chyba nie muszę pisać od kogo dostałam taką walentynkę :)

Miłego wieczoru i wspaniałego początku tygodnia, bo w końcu nowy tydzień to nowe wyzwania:)!
Poza tym mam ostatnio nawrót ciekawych snów. To mi się czasami zdarza... np. tu, tu i tu.
Z piątku na sobotę, po meteorytowych atrakcjach śniło mi się, że biorę udział w Igrzyskach Śmierci... tak, takich o jakich ostatnio tak namiętnie czytałam...brr... było to dosyć ekstremalne, obudziłam się jak po naprawdę ciężkim treningu. A dzisiaj śnił mi się... Obcy... tak, dokładnie "ten", "z tego filmu"! A wszystko za sprawą wieczornego seansu "Obcy 2"... Aż się boję co mi się będzie śniło po wieczorowej lekturze... :)
z przyjemniejszych tematów... do mojej anielskiej kolekcji dołączył "Anioł Miłości"... chyba nie muszę pisać od kogo dostałam taką walentynkę :)
Miłego wieczoru i wspaniałego początku tygodnia, bo w końcu nowy tydzień to nowe wyzwania:)!
niedziela, 23 września 2012
Balonowe Mistrzostwa Europy Kobiet 2012 - Frankenthal
Wrociłam:)!
Było niesamowicie - podsumowując - świetna pogoda, aż 6 lotów, trudne i wymagające konkurencje w bardzo ciężkim terenie (sporo stref zakazanych, lotniska, baza wojskowa, największe zakłady chemiczne na świecie i elektrownia atomowa, do tego mnóstwo wiatraków i winnic, w których ciężko było lądować, ale dałyśmy radę:)), wspaniali ludzie, których spotkałam i spore wyzwanie. Ale też mnóstwo nauki, nowe doświadczenia i moje niesamowite szczęście, że dostałam szansę i mogłam wziąć w tym udział:)
Po tym lądowaniu - w centrum miasta na parkingu (nie było wyjścia, lądowanie w innym miejscu nie wchodziło w grę) adrenalina działała na maksa, po spakowaniu sprzętu jeszcze w samochodzie trzęsły mi się ręce... ale było warto :)
A dzisiaj jeszcze na fali wyjazdu... śnię o lataniu, wstaję przed świtem, przebiegam 10 km i robię obiecane wcześniej leniwe śniadanie:)
pankejki orkiszowe z cynamonem i bananami, a do tego serek śmietankowy... home sweet home:)
wtorek, 21 sierpnia 2012
Lato wszędzie!
Upał jest całkiem konkretny, ale kiedy ma być tak ciepło jak nie w sierpniu ;)?
co prawda dopadła mnie bezsenność - upał, burza, to wszystko jakoś nie sprzyja wyspaniu się. Ale postanowiłam się tym nie przejmować, na pocieszenie na śniadanie spróbowałam moich wczorajszych wypieków (tak, tak, chciało mi się piec w prawie 40 stopniach :)):

pełnoziarniste ciasto ze śliwkami i jabłkami, posypane pestkami dyni i wiórkami kokosowymi (kolejna odsłona przepisu od Canette ) oraz brownie podpatrzone tu , tylko w wersji z mąką pełnoziarnistą (pół na pół z pszenną), do tego obowiązkowo kawa:)
co prawda dopadła mnie bezsenność - upał, burza, to wszystko jakoś nie sprzyja wyspaniu się. Ale postanowiłam się tym nie przejmować, na pocieszenie na śniadanie spróbowałam moich wczorajszych wypieków (tak, tak, chciało mi się piec w prawie 40 stopniach :)):
pełnoziarniste ciasto ze śliwkami i jabłkami, posypane pestkami dyni i wiórkami kokosowymi (kolejna odsłona przepisu od Canette ) oraz brownie podpatrzone tu , tylko w wersji z mąką pełnoziarnistą (pół na pół z pszenną), do tego obowiązkowo kawa:)
czwartek, 22 września 2011
wtorek, 20 września 2011
Sleepless in Wrocław
Dalej nie mogę spać... bardzo mnie to denerwuje, nie powiem...
Dzisiaj, w ramach prób zaśnięcia, posprzątałam (u mnie w domu zwykle można jeść z podłogi, ale dzisiaj przysięgam, że można przeprowadzić operację na otwartym sercu)... byłam na długim spacerze... wypiłam lampkę wina... a teraz staram się wyciszyć i zaraz może w końcu po niedospanym weekendzie i 36h bez normalnego snu uda mi się ułożyć w ramionach Morfeusza:)
dobranoc:)
Dzisiaj, w ramach prób zaśnięcia, posprzątałam (u mnie w domu zwykle można jeść z podłogi, ale dzisiaj przysięgam, że można przeprowadzić operację na otwartym sercu)... byłam na długim spacerze... wypiłam lampkę wina... a teraz staram się wyciszyć i zaraz może w końcu po niedospanym weekendzie i 36h bez normalnego snu uda mi się ułożyć w ramionach Morfeusza:)
dobranoc:)
niedziela, 21 sierpnia 2011
W krainie sennych marzeń, imaginacji i koszmarów
Znowu przeżywam wytężony okres snów...
Wczoraj atak zombi, a dzisiaj inwazja wampirów...
Najwyraźniej coś mi siedzi w głowie, tylko jeszcze dokładnie nie wiem co...
Śniło mi się, że byłam na zjeździe rodzinnym. Byliśmy w hotelu, który opisałabym jako miejsce z piosenki The Eagles "Hotel California"... Okazało się, że było tam pełno wampirów! Ogólnie straszliwa rzeź. Brrr...
W pewnym momencie zaczęłam uciekać... biegłam w górę po bardzo krętych schodach, które miały mnie zaprowadzić do pokoju 211, tam czekało na mnie wybawienie...
a z przewodów wentylacyjnych dobiegał głos (niczym z piosenki Michaela Jacksona "Thriller"): "Agnieszko, teraz pora na Ciebie"
Nieźle, co? Ja chyba ostatnio przed czymś uciekam... Podświadomość mi coś wskazuje, a ja nic nie widzę:):):)
Wczoraj atak zombi, a dzisiaj inwazja wampirów...
Najwyraźniej coś mi siedzi w głowie, tylko jeszcze dokładnie nie wiem co...
Śniło mi się, że byłam na zjeździe rodzinnym. Byliśmy w hotelu, który opisałabym jako miejsce z piosenki The Eagles "Hotel California"... Okazało się, że było tam pełno wampirów! Ogólnie straszliwa rzeź. Brrr...
W pewnym momencie zaczęłam uciekać... biegłam w górę po bardzo krętych schodach, które miały mnie zaprowadzić do pokoju 211, tam czekało na mnie wybawienie...
a z przewodów wentylacyjnych dobiegał głos (niczym z piosenki Michaela Jacksona "Thriller"): "Agnieszko, teraz pora na Ciebie"
Nieźle, co? Ja chyba ostatnio przed czymś uciekam... Podświadomość mi coś wskazuje, a ja nic nie widzę:):):)
niedziela, 28 listopada 2010
Bezsenność...
Jestem na urlopie.
To oficjalne. Właśnie przeżywam etap bezsenności. Ciągle myśli kłębią mi się wokół pracy. Poza ogarnęło mnie lenistwo i obojętność. W takim razie dzisiaj leniwie i obojętnie planuję spędzić niedzielę.
Najwyraźniej organizm woła o... lenistwo i obojętność z mojej strony.
A ponieważ jestem w ten weekend niczym Kevin - home alone, lenistwo i obojętność zapewnią mi obiad w postaci lodów waniliowych (żeby się do mroźnej atmosfery dostosować:)).
No to miłego dnia:)!
To oficjalne. Właśnie przeżywam etap bezsenności. Ciągle myśli kłębią mi się wokół pracy. Poza ogarnęło mnie lenistwo i obojętność. W takim razie dzisiaj leniwie i obojętnie planuję spędzić niedzielę.
Najwyraźniej organizm woła o... lenistwo i obojętność z mojej strony.
A ponieważ jestem w ten weekend niczym Kevin - home alone, lenistwo i obojętność zapewnią mi obiad w postaci lodów waniliowych (żeby się do mroźnej atmosfery dostosować:)).
No to miłego dnia:)!
niedziela, 3 października 2010
Panna Pensjonarka w Krainie Oz
I to z najukochańszą Siostrą.
Ostatnio sporo się działo, a ponieważ były to głównie nudne sprawy naukowe postanowiłam milczeć. Weekend był mocno naukowy - w końcu zaczął się rok akademicki i wraz z nim moje super hiper trudne studia podyplomowe (pytam się od kilku dni - po co się w to z własnej woli wpakowałam?! i nadal nie mogę znaleźć odpowiedzi:)).
Oprócz mojego naukowego nudziarstwa, które, o zgrozo!, jest dla mnie interesujące i postaram się Was oszczędzać nie wspominając o nim zbyt często, wczoraj wieczorem wylądowałam w Krainie Oz. Dosłownie i w przenośni.
Byłam na spektaklu w Teatrze Capitol - "Czarnoksiężnik z Krainy Oz". Ukłony dla twórców. Było wspaniałe. Polecam.
Potem z moją Siostrą vel Moją Najlepszą Przyjaciółką urządziłyśmy sobie mały rajd po mieście Wrocławiu w myśl idei przewodniej z Krainy Oz... znaczy, że do domu się próbowałyśmy dostać. Tylko taką objazdówką.
W ten sposób przeżyłam surrealistyczny i humorystyczny wieczór, który zdecydowanie wpisuje się w trend... "o tym będziemy opowiadać naszym wnukom".
Była kolacja - szampan z butelki (zapakowanej w papierową torebkę) i batonik idąc po Świdnickiej, potem kilka dziwnych miejsc, które odwiedziłyśmy, kilka spotkań z ludźmi, których znamy, z nieznajomymi, z ludźmi, których chciałybyśmy poznać i z takimi, których lepiej nie znać. Był quest z nagrodą główną w postaci pirackiej flagi. Mężczyźni komplementowali moje rajstopy (za moich czasów komplementowało się nogi...). Było zdziwienie taksówkarza... "Co tak wcześnie do domu?" i nasza odpowiedź : "W tym wieku to już się o tej porze wraca"(przyp. autora - szczególnie jak imprezę zaczyna się o 17:)).
Obserwacje z wieczoru są zatrważające:
Coraz młodsze dzieciaki wpuszczają do knajp. Po kilku zaczepkach byłam już na skraju histerii, a zatem potencjalnych zaczepiających pytałam czy chodzili do gimnazjum. Wszyscy chodzili.
Zaszczytne pierwsze miejsce antypodrywu wieczoru zdobył w moim prywatnym rankingu osobnik, któremu na potrzeby opisu sytuacji przydzielę ksywkę... "Gimnazjalista"
Gimnazjalista: To co porabiasz?
ja: (litości, to już nie macie lepszych pomysłów)... pracuję...
Gimnazjalista: Tak, fajnie, ja studiuję jeszcze...
ja: (już jestem na skraju roześmiania się, ale myślę, dam mu szansę, może chłopak miał ciężkie przeżycia i po prostu coś tam zawalił, zresztą widać, że się stresuje) a chodziłeś do gimnazjum?
Gimnazjalista: (spoglądając na mnie jakbym była niedorozwinięta) no tak... skoro jestem na studiach to musiałem skończyć podstawówkę, gimnazjum, a potem liceum, no nie?
w tym momencie zabrałam drinka i oddaliłam się... O Boże! On był w gimnazjum... nawet gorzej... on nawet nie wiedział, że była inna możliwość.
Potem już nie chciało mi się "umilać" sobie czasu pogawędkami. Mówiłam każdemu wstępnie zainteresowanemu, że jestem mężatką pokazując pierścionek.
Też dobrze.
Zwieńczeniem wieczoru były najlepsze kanapki na świecie z sosem barbecue o 3 nad ranem w kuchni w domu moich Rodziców.
Rano, kiedy opisywałyśmy przy śniadaniu wszystkie nasze przygody poprzedniego wieczoru, usłyszałyśmy od mojej Mamy -
Mama: Czy Wy nie możecie w końcu dorosnąć?
My: Możemy, ale po co?!
:)
Miłej niedzieli!
Ostatnio sporo się działo, a ponieważ były to głównie nudne sprawy naukowe postanowiłam milczeć. Weekend był mocno naukowy - w końcu zaczął się rok akademicki i wraz z nim moje super hiper trudne studia podyplomowe (pytam się od kilku dni - po co się w to z własnej woli wpakowałam?! i nadal nie mogę znaleźć odpowiedzi:)).
Oprócz mojego naukowego nudziarstwa, które, o zgrozo!, jest dla mnie interesujące i postaram się Was oszczędzać nie wspominając o nim zbyt często, wczoraj wieczorem wylądowałam w Krainie Oz. Dosłownie i w przenośni.
Byłam na spektaklu w Teatrze Capitol - "Czarnoksiężnik z Krainy Oz". Ukłony dla twórców. Było wspaniałe. Polecam.
Potem z moją Siostrą vel Moją Najlepszą Przyjaciółką urządziłyśmy sobie mały rajd po mieście Wrocławiu w myśl idei przewodniej z Krainy Oz... znaczy, że do domu się próbowałyśmy dostać. Tylko taką objazdówką.
W ten sposób przeżyłam surrealistyczny i humorystyczny wieczór, który zdecydowanie wpisuje się w trend... "o tym będziemy opowiadać naszym wnukom".
Była kolacja - szampan z butelki (zapakowanej w papierową torebkę) i batonik idąc po Świdnickiej, potem kilka dziwnych miejsc, które odwiedziłyśmy, kilka spotkań z ludźmi, których znamy, z nieznajomymi, z ludźmi, których chciałybyśmy poznać i z takimi, których lepiej nie znać. Był quest z nagrodą główną w postaci pirackiej flagi. Mężczyźni komplementowali moje rajstopy (za moich czasów komplementowało się nogi...). Było zdziwienie taksówkarza... "Co tak wcześnie do domu?" i nasza odpowiedź : "W tym wieku to już się o tej porze wraca"(przyp. autora - szczególnie jak imprezę zaczyna się o 17:)).
Obserwacje z wieczoru są zatrważające:
Coraz młodsze dzieciaki wpuszczają do knajp. Po kilku zaczepkach byłam już na skraju histerii, a zatem potencjalnych zaczepiających pytałam czy chodzili do gimnazjum. Wszyscy chodzili.
Zaszczytne pierwsze miejsce antypodrywu wieczoru zdobył w moim prywatnym rankingu osobnik, któremu na potrzeby opisu sytuacji przydzielę ksywkę... "Gimnazjalista"
Gimnazjalista: To co porabiasz?
ja: (litości, to już nie macie lepszych pomysłów)... pracuję...
Gimnazjalista: Tak, fajnie, ja studiuję jeszcze...
ja: (już jestem na skraju roześmiania się, ale myślę, dam mu szansę, może chłopak miał ciężkie przeżycia i po prostu coś tam zawalił, zresztą widać, że się stresuje) a chodziłeś do gimnazjum?
Gimnazjalista: (spoglądając na mnie jakbym była niedorozwinięta) no tak... skoro jestem na studiach to musiałem skończyć podstawówkę, gimnazjum, a potem liceum, no nie?
w tym momencie zabrałam drinka i oddaliłam się... O Boże! On był w gimnazjum... nawet gorzej... on nawet nie wiedział, że była inna możliwość.
Potem już nie chciało mi się "umilać" sobie czasu pogawędkami. Mówiłam każdemu wstępnie zainteresowanemu, że jestem mężatką pokazując pierścionek.
Też dobrze.
Zwieńczeniem wieczoru były najlepsze kanapki na świecie z sosem barbecue o 3 nad ranem w kuchni w domu moich Rodziców.
Rano, kiedy opisywałyśmy przy śniadaniu wszystkie nasze przygody poprzedniego wieczoru, usłyszałyśmy od mojej Mamy -
Mama: Czy Wy nie możecie w końcu dorosnąć?
My: Możemy, ale po co?!
:)
Miłej niedzieli!
środa, 8 września 2010
Znowu sny i takie tam...
Dzisiaj miałam koszmar. Bardzo realistyczny. Śniło mi się, że Szanowny Brat P. umarł...
obudziłam się po 3 w nocy zlana potem, nie mogłam już spać...
Opowiedziałam mu mój sen kiedy jechaliśmy do pracy samochodem i otrzymałam podsumowanie -
Szanowny Brat P.: Aga, a ty nie wiesz, że sny tłumaczy się odwrotnie!
ja: no niby tak...
Szanowny Brat P.: No widzisz! Będziesz mnie miała na głowie do końca życia.
W sumie ma rację.
A ja mam sporo pracy, trochę stresów, jak zwykle przeżywam kryzys przed-urodzinowy. Czuję się staro, szukam oznak mijania kolejnego roku (oczywiście oficjalnie przecież to są 25 urodziny) i nie mam absolutnie nic przygotowane na sobotnią imprezę. Absolutnie nic. I nawet nie mam kiedy tego przygotować.
I jeszcze organizacyjnie:
Sobota, g. 22, Klub Pulp Fiction, obecność obowiązkowa.
Czy Wrocław jest na to gotowy? Może tak, bo ja z pewnością jeszcze nie:)
obudziłam się po 3 w nocy zlana potem, nie mogłam już spać...
Opowiedziałam mu mój sen kiedy jechaliśmy do pracy samochodem i otrzymałam podsumowanie -
Szanowny Brat P.: Aga, a ty nie wiesz, że sny tłumaczy się odwrotnie!
ja: no niby tak...
Szanowny Brat P.: No widzisz! Będziesz mnie miała na głowie do końca życia.
W sumie ma rację.
A ja mam sporo pracy, trochę stresów, jak zwykle przeżywam kryzys przed-urodzinowy. Czuję się staro, szukam oznak mijania kolejnego roku (oczywiście oficjalnie przecież to są 25 urodziny) i nie mam absolutnie nic przygotowane na sobotnią imprezę. Absolutnie nic. I nawet nie mam kiedy tego przygotować.
I jeszcze organizacyjnie:
Sobota, g. 22, Klub Pulp Fiction, obecność obowiązkowa.
Czy Wrocław jest na to gotowy? Może tak, bo ja z pewnością jeszcze nie:)
sobota, 4 września 2010
Sen o Warszawie
(...) szłyśmy z Panną AMK po Starówce, nagle z jednej z bram wybiegła Moja Najlepsza Przyjaciółka, przywitałyśmy się, wyściskałyśmy i weszłyśmy w bramę. Tam ukazał mi się cały ciąg małych knajpek, wszędzie było pełno ludzi, pijących i śmiejących się, grała muzyka. Moja Najlepsza Przyjaciółka złapała mnie za rękę i powiedziała - musisz poznać tyle osób. Chodziłyśmy między grupkami znajomych, Moja Najlepsza Przyjaciółka przedstawiała wszystkim mnie i Pannę AMK, witałyśmy się, piłyśmy alkohol i bujałyśmy się w rytm muzyki. Zaraz potem ruszyliśmy (większą grupą), mijając warszawską Palmę w stronę jakiegoś innego klubu. Weszłyśmy do kolejnej bramy, tam przeszłyśmy przez "bramkarzy", zostałyśmy opieczętowane i weszłyśmy do kamienicy, gdzie było mnóstwo ludzi, ściany były kolorowo wymalowane, wszędzie leżał gruz i połamane meble, na każdym piętrze była impreza, migały światła, było głośno, w każdym mieszkaniu, w każdym pokoju było sporo ludzi, w jednym z mijanych przez nas pomieszczeń był np. kącik poetycki albo regularna dyskoteka, były też kółka dyskusyjne i jedno kółko jedzenia niezdrowych rzeczy...
Później jeszcze witałam się z różnymi ludźmi, rozmawiałam, tańczyłam, znalazłam się ponownie w małej knajpce gdzie paliłam sheeshę, potem taksówka, oświetlona żółtym światłem Warszawa migała za oknami, plac Bankowy, Femina, Aleja Solidarności...
Obudziłam się...
Na nadgarstku znalazłam rozmazaną pieczątkę z klubu 5-10-15.
Tym razem to nie był sen:)
Później jeszcze witałam się z różnymi ludźmi, rozmawiałam, tańczyłam, znalazłam się ponownie w małej knajpce gdzie paliłam sheeshę, potem taksówka, oświetlona żółtym światłem Warszawa migała za oknami, plac Bankowy, Femina, Aleja Solidarności...
Obudziłam się...
Na nadgarstku znalazłam rozmazaną pieczątkę z klubu 5-10-15.
Tym razem to nie był sen:)
czwartek, 2 września 2010
Sen o Apokalipsie
Miałam sen o inwazji zombie. Tylko nie były to takie zwykłe zombie. Wyglądali normalnie, zachowywali się spokojnie, aż tu nagle, ni stąd ni zowąd… atak agresji.
Niekontrolowany. Nieprzewidywalny. Nieokiełznany.
Siedziałam w samochodzie, wyjeżdżałam z terenu Szpitala, nagle zamiast za kierownicą, znalazłam się na miejscu pasażera. Ktoś inny prowadził. Nie widziałam twarzy, ale czułam się bezpiecznie. Z przeciwnej strony samochody poruszały się bardzo powoli, jadąc jeden za drugim. Zauważyłam, że pomimo tego, że robi się ciemno w żadnym z samochodów nie ma zapalonych świateł. Wtedy wiedziałam, że coś jest nie tak i najprawdopodobniej jest to inwazja zombie. Powoli, bardzo delikatnie poczułam niepokój. Zaczęliśmy rozmawiać. Nie wiedzieliśmy, kto już jest zainfekowany, ale mógł to być każdy, łącznie z nami. Musieliśmy dojechać do Mieszkania. Nagle znalazłam się na korytarzu w jakimś budynku, był to akademik. Nic na to w sumie nie wskazywało, ale ja to wiedziałam. Musiałam znaleźć Pokój, w którym byli Wszyscy Moi Przyjaciele, bo tam było bezpieczne miejsce. Szłam po korytarzu, a przede mną szedł spokojnie mężczyzna z siekierą. Nie wiedziałam czy jest jednym z nich, ale wiedziałam, że jeśli już jest chory w każdej chwili może mnie zaatakować dlatego musiałam iść powoli i spokojnie, nie zwracając niczyjej uwagi na siebie. Potem dotarłam do Pokoju-Mieszkania. Wiedziałam, że nawet kiedy ktoś jest chory to mogę czuć się Tu bezpiecznie, położyłam się na kanapie. A co jeśli jest już za późno, co wtedy kiedy ja jestem już chora i stałam się w tym momencie śmiertelnym zagrożeniem dla najbliższych. Co wtedy?
Obudziłam się. Czy ktoś się dziwi moim atakom paniki? Ja owszem.
Jestem przemęczona, jutro jadę do Warszawy.
Tam odpocznę i napiję się.
Dużo.
Niekontrolowany. Nieprzewidywalny. Nieokiełznany.
Siedziałam w samochodzie, wyjeżdżałam z terenu Szpitala, nagle zamiast za kierownicą, znalazłam się na miejscu pasażera. Ktoś inny prowadził. Nie widziałam twarzy, ale czułam się bezpiecznie. Z przeciwnej strony samochody poruszały się bardzo powoli, jadąc jeden za drugim. Zauważyłam, że pomimo tego, że robi się ciemno w żadnym z samochodów nie ma zapalonych świateł. Wtedy wiedziałam, że coś jest nie tak i najprawdopodobniej jest to inwazja zombie. Powoli, bardzo delikatnie poczułam niepokój. Zaczęliśmy rozmawiać. Nie wiedzieliśmy, kto już jest zainfekowany, ale mógł to być każdy, łącznie z nami. Musieliśmy dojechać do Mieszkania. Nagle znalazłam się na korytarzu w jakimś budynku, był to akademik. Nic na to w sumie nie wskazywało, ale ja to wiedziałam. Musiałam znaleźć Pokój, w którym byli Wszyscy Moi Przyjaciele, bo tam było bezpieczne miejsce. Szłam po korytarzu, a przede mną szedł spokojnie mężczyzna z siekierą. Nie wiedziałam czy jest jednym z nich, ale wiedziałam, że jeśli już jest chory w każdej chwili może mnie zaatakować dlatego musiałam iść powoli i spokojnie, nie zwracając niczyjej uwagi na siebie. Potem dotarłam do Pokoju-Mieszkania. Wiedziałam, że nawet kiedy ktoś jest chory to mogę czuć się Tu bezpiecznie, położyłam się na kanapie. A co jeśli jest już za późno, co wtedy kiedy ja jestem już chora i stałam się w tym momencie śmiertelnym zagrożeniem dla najbliższych. Co wtedy?
Obudziłam się. Czy ktoś się dziwi moim atakom paniki? Ja owszem.
Jestem przemęczona, jutro jadę do Warszawy.
Tam odpocznę i napiję się.
Dużo.
sobota, 21 sierpnia 2010
Życie jest snem
Miałam sen.
Byłam w jakimś bliżej nieokreślonym centrum handlowym, chciałam kupić torebkę, pani ekspedientka zaproponowała mi podcięcie grzywki, zdecydowałam się na wizytę u dentysty... Po chwili podszedł do mnie jakiś bliżej nieokreślony mężczyzna, wyznał, że kocha mnie nad życie od pierwszego wejrzenia po czym pocałował mnie w usta, wtedy przed oczami przemknęło mi całe jego życie, z wszystkimi radościami, smutkami i mroczną tajemnicą. Okazało się, że jest seryjnym mordercą-kanibalem i teraz ja znam jego prawdziwą tożsamość, zaczęłam uciekać, w międzyczasie postanowiłam zadzwonić po pomoc i radę do Mojej Najlepszej Przyjaciółki, która poradziła mi, że najlepszą formą ucieczki w takiej sytuacji jest odlecieć... dzięki czerwonym balonikom napełnionym helem. Radę uznałam za doskonałą i tak odfrunęłam. Za chwilę znalazłam się na ulicy, w okolicach placu Bema, tam miałam pójść do jakiegoś sklepu, idąc w jego stronę spotkałam Moją Najlepszą Przyjaciółkę i jakąś bliżej nieokreśloną kobietą, zdradziły mi one tajemnicę, aby nie mówić o krześle, które nagle pojawiło się obok mnie, bliżej nieokreślonej siostrze, bliżej nieokreślonej kobiety towarzyszącej Mojej Najlepszej Przyjaciółce, bo będę komplikacje... potem jeszcze coś do mnie mówiły, ale już nic nie słyszałam, bo na krawężniku zobaczyłam siedzącego Przyjaciela F., który strasznie płakał i jadł marchewki... Postanowiłam podejść do niego i zapytać co się stało...
i wtedy się obudziłam.
Podsumowanie moich Rodziców: oglądasz za dużo TV.
Ciekawe co by Freud o tym pomyślał...
Byłam w jakimś bliżej nieokreślonym centrum handlowym, chciałam kupić torebkę, pani ekspedientka zaproponowała mi podcięcie grzywki, zdecydowałam się na wizytę u dentysty... Po chwili podszedł do mnie jakiś bliżej nieokreślony mężczyzna, wyznał, że kocha mnie nad życie od pierwszego wejrzenia po czym pocałował mnie w usta, wtedy przed oczami przemknęło mi całe jego życie, z wszystkimi radościami, smutkami i mroczną tajemnicą. Okazało się, że jest seryjnym mordercą-kanibalem i teraz ja znam jego prawdziwą tożsamość, zaczęłam uciekać, w międzyczasie postanowiłam zadzwonić po pomoc i radę do Mojej Najlepszej Przyjaciółki, która poradziła mi, że najlepszą formą ucieczki w takiej sytuacji jest odlecieć... dzięki czerwonym balonikom napełnionym helem. Radę uznałam za doskonałą i tak odfrunęłam. Za chwilę znalazłam się na ulicy, w okolicach placu Bema, tam miałam pójść do jakiegoś sklepu, idąc w jego stronę spotkałam Moją Najlepszą Przyjaciółkę i jakąś bliżej nieokreśloną kobietą, zdradziły mi one tajemnicę, aby nie mówić o krześle, które nagle pojawiło się obok mnie, bliżej nieokreślonej siostrze, bliżej nieokreślonej kobiety towarzyszącej Mojej Najlepszej Przyjaciółce, bo będę komplikacje... potem jeszcze coś do mnie mówiły, ale już nic nie słyszałam, bo na krawężniku zobaczyłam siedzącego Przyjaciela F., który strasznie płakał i jadł marchewki... Postanowiłam podejść do niego i zapytać co się stało...
i wtedy się obudziłam.
Podsumowanie moich Rodziców: oglądasz za dużo TV.
Ciekawe co by Freud o tym pomyślał...
czwartek, 4 czerwca 2009
Bezsenność we Wrocławiu
Pośrednio ze względu na moją pracę, bezpośrednio z braku czasu bardzo mało sypiam ostatnimi czasy. Właściwie to prawie wcale nie śpię i zastanawiam się kiedy nastąpi przesilenie i upadnę na moją śliczną buźkę. Pomartwię się o to jutro, albo pojutrze...
W pracy tradycyjnie, czyli lepiej nie mówić, ale są też pozytywne aspekty, które trzymają mnie przy życiu, a raczej w miejscu pracy:) Mowa o moich wspaniałych koleżankach i kolegach, dzięki którym nawet podsumowując nawet najgorszy dzień mogę się uśmiechnąć!
A tak w ogóle to leczę się muzyką najlepszego zespołu na świecie (absolutnie subiektywna jest to opinia, największej na świecie fanki Myslovitza-o tym jeszcze później) po tym zapłakanym dniu.
W pracy tradycyjnie, czyli lepiej nie mówić, ale są też pozytywne aspekty, które trzymają mnie przy życiu, a raczej w miejscu pracy:) Mowa o moich wspaniałych koleżankach i kolegach, dzięki którym nawet podsumowując nawet najgorszy dzień mogę się uśmiechnąć!
A tak w ogóle to leczę się muzyką najlepszego zespołu na świecie (absolutnie subiektywna jest to opinia, największej na świecie fanki Myslovitza-o tym jeszcze później) po tym zapłakanym dniu.
Subskrybuj:
Posty (Atom)